Niezależność

Pamiętam jak Śmieszka pierwszy raz sama zasnęła w swoim łóżeczku. Cały czas podekscytowana stałam przy drzwiach. W pewnym momencie gaworzenie i dźwięki zabawek ucichły, ona spała. Popłakałam się. Nasza córeczka jest już taka niezależna… Po chwili dotarło do mnie, że nigdy wcześniej nie daliśmy jej szansy zasnąć samodzielnie. Zawsze byliśmy przy niej, wierząc, że bardzo nas potrzebuje.

Od tamtej pory staram się, aby każdego dnia Śmieszka miała czas dla siebie. Ona zresztą bardzo lubi poznawać świat na własną rękę. Kiedy dzwoni M. i pyta, co robi nasza córeczka, odpowiadam z uśmiechem: Bawi się wyśmienicie we własnym towarzystwie.

 W ten sposób dopisałam do mojej niekończącej się listy „Jak być mamą” kolejny punkt: Staraj się wychowywać Śmieszkę w taki sposób, aby potrafiła przebywać sama ze sobą, aby potrafiła po prostu być.

Advertisements

Moje!

Kiedy Śmieszka się urodziła można było z jej ciałkiem wyprawiać właściwie wszystko. Kropelki do oczek, czyszczenie noska, przemywanie pępuszka – nic nie było dla niej straszne. Ponieważ nie reagowała płaczem myślę, że nawet nie odczuwała, z powodu tych zabiegów pielęgnacyjnych, dyskomfortu. Tak było przez mniej więcej pół roku. Aż pewnego dnia, kiedy jak co dzień rano, chciałam wyczyścić jej nosek, Śmieszka oznajmiła: Nie pozwolę, to mój nosek! Intensywnie kręcąc główką i machając rączkami skutecznie zniechęciła mnie do dalszych prób. To było wielkie święto w naszym domu.  Śmieszka zaczęła przejmować świadomą kontrolę nad swoim ciałem.

Teraz wszystko jest jej: oczka, nosek, uszka, pupcia – najlepiej żebym nic jej nie dotykała. Patrzy na mnie a jej oczy mówią: Zostaw moje uszko, masz swoje! Co za tym idzie: ząbka (na razie ma jednego) myje sobie sama a jedzenie rączkami stało się już codziennością: Mamusiu, czemu chcesz mnie karmić, przecież potrafię już jeść sama?

 Manifestowanie niezależności przez Śmieszkę jest dla mnie niezwykle cennym doświadczeniem i kolejną okazją, aby zastanowić się nad sensem rodzicielstwa. Jaka jest moja rola w tym procesie? Na dziś dzień wiem, że to, co mogę zrobić to być przy niej bardzo blisko. Jednak nie przed nią, ale za nią i tak jak potrafię wspierać ją w tej wędrówce ku samodzielnemu życiu.

 

Dobre rady

– Czy jej nie jest zimno? – Może ona jest głodna? – Potrzymaj ją do góry, ona to bardzo lubi! – Dlaczego jej nie usypiasz? Ona już jest śpiąca!

 Ach te dobre rady, utrapienie (prawie) wszystkich mam. Kiedy w początkowym okresie życia Śmieszki słyszałam podobne zdania od mojej mamy bądź teściowej dopadał mnie smutek i najzwyczajniej w świecie chciało mi się płakać. W myślach mówiłam wtedy: Czy chcesz mi przez to powiedzieć, że jestem złą matką? Wybacz, to ja spędzam z nią 24 godziny na dobę, więc chyba lepiej potrafię rozpoznać jej potrzeby, prawda?

 Teraz z perspektywy czasu wiem, jak błędne było moje podejście. Kiedy ktoś dzielił się ze mną swoją obserwacją ja odbierałam ją, jako atak. Być może podświadomie czułam się zbyt niepewna w roli mamy. Cieszę się, że to powoli zanika. Dziś, kiedy ktoś dzieli się ze mną swoimi przemyśleniami na temat Śmieszki, próbuję je zrozumieć i dzięki temu często odkrywam coś nowego.

 Kiedy na nasze dziecko, patrzą oczy babci, cioci, koleżanki, osoby spotkanej na ulicy jest to zupełnie inne spojrzenie. To wzrok przepełniony innymi doświadczeniami, który może dostrzec coś, co dla nas, do tej pory, było niezauważalne. Warto o tym pomyśleć, kiedy następnym razem ktoś zapyta: Czy jej na pewno nie jest za zimno?

Dla taty

Boję się, że zbyt wiele mnie ominie, że nie zobaczę jej pierwszego kroku, nie usłyszę pierwszego słowa, że nie będzie mnie przy niej, gdy najbardziej będzie tego potrzebowała.

 Usłyszałam takie słowa od mojego męża, kiedy po dwóch tygodniach od urodzenia Śmieszki nadszedł czas jego powrotu do pracy. Wciąż pamiętam jak bardzo było to dla niego trudne. Nadal jest. Każde z nas ma jednak swoje miejsce i swoją rolę w wychowaniu Śmieszki. Jestem mu niesamowicie wdzięczna za to, że wziął na siebie odpowiedzialność za utrzymanie naszej rodziny, dzięki temu ja mogę być z naszą córeczką cały czas.

 Dziś zapytałam Śmieszkę, za co najbardziej kocha swojego tatę. O to, co mi odpowiedziała:

Kocham mojego tatę za to, że gdy mama nie mogła się mną zajmować po cesarskim cięciu on czule pielęgnował moje ciałko już od pierwszych godzin mojej obecności po tej stronie brzuszka. Za to, że podarował mi Mizia, aby pierwsze noce, które spędzałam w szpitalu bez rodziców nie były tak straszne.  Za to, że pierwszy pokazał mi jak woda kapie z kranu. Za to, że kąpie mnie codziennie, choć wiem, że czasami bardzo go chlapię i ma przez mnie mokrą koszulę. Za to, że podrzuca mnie do góry, choć mama mówi, że to może szkodzić na mój mózg. Za to, że zabiera mnie na popołudniowe spacery i pokazuje świat. Za to, że codziennie wieczorem mnie usypia i kiedy płaczę mogę się do niego mocno przytulić. Kocham Tatę za to, że już jak byłam bardzo malutka mogłam z Nim oglądać mecze, choć było już późno i większość dzieci w moim wieku smacznie spało.

A najbardziej kocham mojego tatę za to, że jest! Mama mówi, że tata jest przy mnie zawsze, tylko czasem go nie widzę – wiem, że ma rację, czuję to.

ma-ma

Stoję w kuchni i zmywam naczynia. Śmieszka bawi się z tatą na balkonie. W pewnym momencie wchodzą do salonu a Ona ni stąd ni zowąd mówi MA-MA. Patrzymy na siebie, cisza.

-Kochanie Śmieszka powiedziała „ma-ma”

-Hm… no tak.

-Śmieszko powiedziałaś MA-MA.

To słowo, na które z pewnością czeka większość mam. Ja po praz pierwszy usłyszałam je miesiąc temu.  Choć bardzo na nie czekałam, to nie miało ono dla mnie zbyt dużego znaczenia. Na myśl o nim nie mam motylków w brzuchu, nie czuję jak rosnę. Inaczej je sobie wyobrażałam, przeceniałam emocje, które mogą się we mnie pojawić.

 Czasem za bardzo czekamy na „Coś”, co ma się wydarzyć, a przez to omija nas tak wiele istotnych rzeczy. Przecież cuda zdarzają się każdego dnia, wystarczy uważnie patrzeć.

Być może Twoje pierwsze „mama” było dla Was niezwykłym przeżyciem. Może dopiero będzie – i tego Ci życzę z całego serca. Chodzi tylko o to, że czasem za bardzo przeceniamy coś, na co czekamy i później, kiedy już to się wydarza czujemy rozczarowanie. Nie samym wydarzeniem, ale tym, że było w nas zbyt mało emocji.

Cuda są wokół nas, wydarzają się nieustannie, niestety tak wiele z nich nam umyka. Śmieszka sprawia, że widzę je każdego dnia. Im mniej się napinam i im mniej oczekuję, tym więcej ich dostrzegam. Pierwszy uśmiech, obrót, świadome spojrzenie w lustro – to przyszło tak niespodziewanie i było piękne. Nawet teraz, kiedy to piszę uśmiecham się do siebie samej.

 A Ciebie, co zwykłego – niezwykłego ostatnio zachwyciło?

Królewna Śmieszka

Od jakiegoś czasu próbowałam napisać bajkę dla mojej córeczki i dziś spisałam jej pierwszą wersję. Jest taka prosta, może trochę banalna, ale moja, tylko dla niej, prosto z serca.

Dawno, dawno temu za siedmioma lasami, za siedmioma morzami na małej górze mieszkała Królewna Śmieszka. Śmieszka uśmiechała się cały czas. Gdy tylko otwierała oczy zaczynała się tak głośno śmiać, że budziła nie tylko rodziców, ale także sąsiadów. Kiedy Śmieszka szła z mamą na spacer co chwilę ktoś zaglądał do wózka i z niedowierzaniem patrzył, że taka mała dziewczynka potrafi się tak głośno śmiać. Wszędzie gdzie pojawiała się Śmieszka ludzie zaczynali się uśmiechać. To było porostu silniejsze od nich. Pani Doktor, do której Śmieszka chodziła z rodzicami uznała, że to niezwykły dar i nie wolno go zmarnować. Od tej chwili zamiast leków będę przepisywała swoim pacjentom… kontakt ze Śmieszką – oznajmiła. I tak codziennie od rana do wieczora Śmieszkę odwiedza mnóstwo ludzi: chorych, smutnych i przygnębionych. Wielu z nich nie wierzy w niezwykłą moc dziewczynki i przychodzi tylko z ciekawości. Jednak już po chwili, kiedy z nieuzasadnionych przyczyn zaczyna im się robić ciepło na sercu a na twarzy pojawia się uśmiech, przyznają: To jest prawdziwa Królewna Śmieszka.

 Jeśli kiedykolwiek poczujesz się źle i będzie Ci smutno, pamiętaj, że gdzieś daleko bądź blisko, za siedmioma górami, a może tylko za ścianą mieszka Królewna Śmieszka. Pomyśl o niej, a Twoje kąciki ust same powędrują do góry.

Po pierwsze: kochaj siebie!

Myślę, że gdyby spytać kobiety o to, co najlepszego matka może zrobić dla swoich dzieci często odpowiedź brzmiałaby: kochać je. Czy można nie zgodzić się z tym zdaniem? Czy dzieci mogą potrzebować czegoś bardzie niż bezwarunkowej miłości swojej mamy? Do niedawna myślałam, że nie. Dziś wiem, że jest coś jeszcze ważniejszego. Mniej więcej trzy miesiące temu usłyszałam, od bardzo ważnej dla mnie osoby, następujące zdanie:

Najpiękniejszy prezent, jaki matka może ofiarować swojemu dziecku to być szczęśliwa sama ze sobą. Wtedy i dziecko będzie szczęśliwe.

Dla mnie jest to niezwykle ważne zdanie. Jedno z tych, które na mojej tablicy życiowych drogowskazów zajmuje czołowe miejsce. Choć zostałam wychowana w otoczeniu, według którego matka powinna poświęcać się dla swoich dzieci i rodziny, to powoli zmieniam swój stosunek do tej niezwykłej roli. Staram się na nowo zapisać własną definicję matki.

Moja córeczka ma teraz pół roku. Codziennie widzę jak, z niezwykłą uważnością, obserwuje mnie. Każdego dnia dbam więc o to by być szczęśliwą i myśleć nie tylko o swoich bliskich, ale przede wszystkim o sobie. Dzięki temu jestem spokojna o Śmieszkę. Bowiem czy mogę ofiarować jej coś piękniejszego niż możliwość obserwowania szczęśliwej mamy? Mamy, która akceptuje swoje ciało i potrafi cieszyć się z prostych czynności? Mamy, która z czułością obserwuje swoje niedoskonałości? Mamy, która po prostu codziennie się uśmiecha?

Zapytam ją o to jak dorośnie.