Niech się spełni…

Kochani,

życzę nam, abyśmy we wszystkim co jest dostrzegali miłość.

E.

Advertisements

Czas, który minął

Psychologowie i lekarze podkreślają jak ważny jest pierwszy rok życia dla rozwoju każdego człowieka. Rozmawiając z rodzicami słyszę na ten temat różne zdania. Jedni podkreślają, że pierwsze lata to niezwykła i niepowtarzalna szansa, aby naładować dziecko tym, co najlepsze na całe dalsze życie. Inni uważają, że przywiązuje się do tego zbyt dużą rolę, bo przecież każdy rok życia jest ważny… Osobiście zgadzam się i z jednymi i z drugimi. Interesując się rozwojem Śmieszki mam świadomość jak ważne rzeczy się teraz dzieją, ale nie twierdzę, że to zdecyduje o Jej dorosłym życiu, choć na pewno na nie wpłynie.

 Analizując te różne głosy, uświadomiłam sobie, że pierwszy rok Śmieszki już przeminął. Jest za nami. Już nic nie da się poprawić, ale także zepsuć.

Przypominałam sobie przeróżne sytuacje z poszczególnych miesięcy. Zarówno te, kiedy byłam z siebie wyjątkowo dumna jak i te, kiedy czułam się bardzo samotna i zdezorientowana, bo kompletnie nie wiedziałam, co zrobić. To była bardzo ważna, inspirująca podróż, pełna wzruszeń i przemyśleń na przyszłość.

 Nie wiem, w jak dużym stopniu ten rok wpłynie na życie Śmieszki, ale wiem, jak bardzo wpłynął na moje, dorosłe życie. Ten pierwszy rok już minął, już nic nie naprawię i nic nie zepsuję. Mogę tylko podziękować Śmieszce, M. i sobie, że tak pięknie go przeżyliśmy. Dziękuję.

Lustro

Nie pamiętam swojego pierwszego spojrzenia w lustro po narodzinach Śmieszki. Wiem tylko, że przez pierwsze trzy dni, które spędzałyśmy w szpitalu raczej lustra unikałam. Pamiętam jednak taki wieczór, kiedy stanęłam przed lustrem, spojrzałam na swoje ciało i poczułam wdzięczność.  Poczułam to całą sobą. Uśmiechałam się do każdego kawałka mojego (nie)doskonałego ciała, którego przez większość życia nie akceptowałam. Przeprosiłam je za wszystkie obelgi, które skierowałam w jego stronę. Za śmieci, którymi je karmiłam. Za to, że czasem przez pół roku je zaniedbywałam, a później w miesiąc chciałam doprowadzić do idealności. Za to, że nieustannie porównywałam je z innymi ciałami, głównie modelek, aktorek i piosenkarek.

Jak już je przeprosiłam, za wszystko, co tylko zachowałam w swojej pamięci, to zaczęłam dziękować. Przede wszystkim za to, że jest moim domem i że przez dziewięć miesięcy było idealnym domem dla Śmieszki. Podziękowałam za jego cierpliwość i wytrzymałość. Z miłością patrzyłam na ślady, jakie pozostawiła po sobie ciąża i poród. Z ciekawością przyglądałam się pierwszym zmarszczkom – mimicznym oczywiście.

Stałam jeszcze długo i po prostu patrzyłam na ciało… na ciało kobiety… ciało matki…

Moja prawda o Świętym Mikołaju

Gdyby kilka tygodni temu ktoś zapytał mnie, co chcemy powiedzieć Śmieszce o Świętym Mikołaju, bez wahania odpowiedziałabym: Prawdę! Jeśli zapytałby mnie dzisiaj, odpowiedziałabym tym samym słowem, ale moja prawda brzmi zupełnie inaczej. W ostatnim czasie intensywnie jej poszukiwałam, a pomógł mi w tym mój komputer, który przestał działać, abym lepiej mogła się skupić, na widocznie, ważniejszych sprawach.

Jakiś czas temu rozmawialiśmy z M., że nie będziemy Śmieszki okłamywać i powiemy Jej, że Święty Mikołaj nie istnieje, a prezenty robimy sobie nawzajem.

Zostawiałam ten temat, ale z wiadomych względów wrócił 6 grudnia. Postanowiliśmy z M., że nie będziemy w tym roku obchodzić tego święta. Jednak Święty Mikołaj przyszedł do nas jak nigdy kilkakrotnie.

Rano dostałam sms od przyjaciółki: „Właśnie spotkałam Świętego Mikołaja prosił, abym przekazała Wam od niego gorące buziaki”. Już miałam napisać, że my się w te zabawy nie bawimy, ale coś mnie powstrzymało i po prostu napisałam, aby mu od nas serdecznie podziękowała.

Po śniadaniu przyszedł listonosz z przesyłką. Były w niej długo wyczekiwane książki i choć miały przyjść dopiero w poniedziałek, przyszły właśnie w czwartek…

Później wybrałyśmy się ze Śmieszką w gości i po powrocie ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że w plecaku nie wiadomo skąd znalazło się mnóstwo pysznych pierniczków.

Kiedy w drzwiach stanął M. z dwiema paczuszkami, za jego plecami mignęła mi postać mężczyzny ubranego na czerwono, pobiegłyśmy za nim ze Śmieszką, ale już go nie było. Co prawda jego głos był podobny do sąsiada z naprzeciwka, ale dowodów, że to on nie mamy.

A wieczorem, gdy wracałam ze spotkania sama zapragnęłam się wcielić w Świętego Mikołaja i z radością biegałam po sklepie zastanawiając się, co najbardziej ucieszy moich bliskich.

Uświadomiłam sobie, że dalej chcę mówić Śmieszce prawdę, ale moja prawda o Świętym Mikołaju jest zupełnie inna.

 Te wszystkie zdarzenia (dla mnie tylko pozornie zwykłe) sprawiły, że zapytałam siebie czy mój świat to tylko to, co jestem w stanie doświadczyć zmysłami, czy także to, czego choć umysłem nie jestem w stanie ogarnąć to czuję, że jest wokół mnie. Wśród tych niezwykłości jest także Święty Mikołaj. Pomyślałam jeszcze o jednym porównaniu. Mój tata nie żyje, ale kiedy za jakiś czas Śmieszka zapyta mnie gdzie jest dziadek, nie powiem Jej, że go nie ma… ale, że jest tylko w niebie i to jest prawda. Tak samo jest ze Świętym Mikołajem, kiedyś chodził po ziemi a teraz jest tylko gdzie indziej. W miejscu, z którego jest w stanie czynić rzeczy zwykłe i niezwykłe. Tak, jak te opisane przeze mnie wyżej. Każdy Mikołaj, którego w tym roku spotkałam miał znajomą twarz, ale to nie ma dla mnie znaczenia, a właściwie ma, jeszcze bardziej jestem wdzięczna, że moi bliscy o mnie pamiętali.

To się dzieje za szybko…

Kiedy patrzę na Śmieszkę, która próbuje samodzielnie ubierać skarpetki lub czapkę, kiedy bierze grzebyk i czesze sobie włosy, gdy ubrana biegnie przed lustro, aby się przejrzeć, gdy biega na palcach, lub próbuje sama jeść widelcem. Za każdym razem jak bumerang wraca do mnie: Jak to już? Teraz? To się dzieje za szybko!

Mam wrażenie, że jest to uczucie, które ze szczególną intensywnością towarzyszy rodzicom w tak zwanych wyjątkowo ważnych momentach: kiedy Dziecko idzie do przedszkola, szkoły, przedstawia pierwszą sympatię, stoi przed ołtarzem, zostaje rodzicem… Tak zawsze o tym myślałam, a teraz okazuje się, że te „wyjątkowo ważne momenty” towarzyszą nam właściwie każdego dnia.

 W ostatnim czasie uświadomiłam sobie, co w moim przypadku, bardzo wpłynęło na intensywność tychże chwil. Dzieje się tak od czasu, kiedy przestałam czytać o rozwoju dziecka (mam na myśli tylko informacje typu: co dziecko potrafi w określonych miesiącach). Na początku sporo o tym czytałam i z zadowoleniem „odhaczałam” kolejne umiejętności: świadomy uśmiech, podniesienie główki, obrót z brzuszka na plecki… Teraz z perspektywy czasu wiem, że za bardzo się na tym koncentrowałam. A pewne umiejętności, które przychodziły trochę później niż wskazywałaby na to średnia, sprawiały, że pojawiało się napięcie…

 Pewnego dnia przestaliśmy czytać o tym, co dziecko „powinno umieć” w poszczególnych miesiącach. Byliśmy coraz bardziej świadomi a nasze zaufanie – do siebie jako rodziców rosło nieustannie i wsparcie w postaci takiej wiedzy z zewnątrz przestało być niezbędne. A może po prostu wreszcie, tak naprawdę, dorośliśmy do przekonania, że każde dziecko rozwija się w swoim indywidualnym tempie.

 Dopiero teraz z perspektywy czasu widzę, jak bardzo nam to pomogło. Bo od tamtej chwili wszystko nas zaczęło zaskakiwać: raczkowanie, wstawanie, pierwsze kroki… Nie czekaliśmy na to z niecierpliwością, a więc nie było wokół tych kwestii napięć, było za to dużo mniej porównywania do innych dzieci i więcej radości z kolejnych umiejętności.

 A ostatnie 24 godziny potwierdzają to w 100%. Bowiem, wczoraj Śmieszka sama pierwszy raz zaprowadziła mnie do sypialni, wdrapała się do łóżka i pokazała, że chce spać. A dziś rano stanęła przy lodówce, poprosiła o otwarcie i wzięła sobie kostkę białego sera…

 A mnie dźwięczy nad uchem: Jak to już? Teraz? To się dzieje za szybko?

 

Spełniacie swoje marzenia?

Dwie studentki stomatologii rozmawiają ze sobą w tramwaju. Wymieniają się swoimi uwagami odnośnie tego, czy dentysta to lekarz. Dyskutują, narzekają, dyskutują, narzekają… i w końcu jedna dochodzi wniosku:

Gdybym chciała zostać lekarzem to poszłabym na medycynę…

No, ja też – dodaje druga. Choć tak naprawdę to ja w ogóle nie chciałam iść na stomatologię. Chciałam być fizjoterapeutą. Uwielbiam wszystko, co związane  z ruchem, bardzo mnie to interesuje. Tylko doszłam do wniosku, że fizjoterapia to takie mało ambitne studia i zdecydowałam się na stomatologię.

Wiesz, ja też nie chciałam być dentystą, ja zawsze marzyłam o tym, żeby być weterynarzem. Na szczęście taki znajomy moich rodziców wybił mi to z głowy. On ma dużą styczność z tym zawodem i mówił, że to w ogóle nie jest tak jak się ludziom wydaje. No i w końcu zdecydowałam się na stomatologię…

Jakiś czasu temu podsłuchałam tę rozmowę w tramwaju. Dawno nie było mi tak smutno jak tamtego wieczoru. Nie wiem, jak potoczą się losy tych przesympatycznych dziewczyn. Być może odnajdą pasję także w tym, co zdecydowały się studiować, bardzo w to wierzę. A być może kiedyś jedna z nich będzie leczyła mi zęby i patrzyła jednocześnie nieobecna w okno, kiedy usłyszy szczekanie psa… Nie wiem.

Dla mnie to kolejna cenna lekcja. Przecież od tego, jak będę wspierała Śmieszkę w realizacji Jej marzeń, może zależeć czy one się spełnią. Dlatego uczę się w każdej chwili wyzbywać ograniczeń, uczę się nie porównywać Jej z innymi dziećmi a przede wszystkim ciągle uczę się realizować własne marzenia.

Pisząc ten post przypomniałam sobie filmik który kiedyś (jak zwykle w odpowiednim czasie) pojawił się w moim życiu. Może ktoś z Was także go teraz potrzebuje: Gdyby pieniądze nie miały znaczenia…

To nie był zwykły dzień

Obudziłyśmy się o zwykłej porze. Poleżałyśmy jeszcze trochę w łóżku, spokojnie, leniwie, normalnie, tak jakby to był zwykły dzień… ale przecież obie wiedziałyśmy, że nie jest. Kilkanaście minut później wyjrzałyśmy przez okno… i Śmieszka pierwszy raz świadomie zobaczyła śnieg… taki malutki, ledwo widoczny, rozpływający się w powietrzu, ale jednak śnieg. Pomyślałam:  no tak normalne, to przecież jest niezwykły dzień, więc oprawa też będzie szczególna. Jak zobaczyłam ten śnieg to już byłam pewna, że będzie dobrze, wcześniej niby też byłam, ale teraz to już tak najbardziej na świecie. Później śniadanie, toaleta, dalej spokój i ta nasza „normalność”. Przy ubieraniu pojawiło się trochę napięcia. Czas nie stał w miejscu i zaczął się wyjątkowo szybko kurczyć. O 8.33 miałyśmy tramwaj. Nie zdążyłyśmy. To nic, przyjechał następny. Wysokopodłogowy, to nic, poprosiłyśmy o pomoc. Nie jechałam o tej godzinie tramwajem dobry rok, więc już trochę zapomniałam, że będzie tyyyyle ludzi, dałyśmy radę.

Z Anią miałyśmy się spotkać w kawiarni dla mam z dziećmi, ale okazała się zamknięta. To nic, poszłyśmy do galerii. Mówię do Ani: Wiesz dzieci czasem płaczą, jak Śmieszka zacznie płakać to znaczy, że chce Ci coś powiedzieć. Dodaję jeszcze, żeby się nie przejmowała, jak inni się będą na nią dziwnie patrzeć gdy będzie Malutką uspokajać. Ona na to, że jeszcze zaprosi ich, aby zrobili dla Śmieszki teatrzyk jeśli będzie marudzić… Jak tak Jej słucham to spokój we mnie rośnie a nie maleje. Myślę jest dobrze. Wcześniej też myślałam, że jest dobrze, ale teraz to już tak najbardziej na świecie…

Chodziłyśmy po tej galerii i komponowałyśmy wyprawkę: soczek, chrupki, zgoda na opiekę. A co jak zrobi kupę? Ja się tego boję… Nie zrobi – odpowiadam, wierząc w to ze wszystkich sił, choć wiem, że ryzyko jest spore.

Wybrała rozstanie we śnie, najlepsze z możliwych, dla mnie na pewno. Pomachałam im, popatrzyłam jak znikają za zakrętem i pobiegłam do swoich spraw. Dałam sobie chwilę, bardzo krótką na pobycie ze sobą w tym nowym, ważnym czymś. I tyle. Później były zupełnie inne myśli, inne sprawy i koncentracja tylko na nich.

Kiedy wyszłam ze spotkania, w jednej sekundzie wracam do siebie-mamy i dzwonię, szybko, łapczywie. Słucham? A to Ty… Wszystko dobrze. Tak wstała. Tak jest zadowolona. Tak biega i się śmieje.

Moment kiedy Ją zobaczyłam i kiedy Ona mnie jeszcze nie widziała – cudowny. Po chwili biegniemy do pobliskiego punktu dla mam z dziećmi, żeby się nakarmić. Śmieję się do niej, Ona od mnie. Cieszymy się, że byłyśmy oddzielnie a teraz jeszcze bardziej się cieszymy, że jesteśmy znowu razem.

Dla wielu rodziców rok to wyjątkowo późno, kiedy dziecko zostaje z kimś innym niż z mamą (nie liczę taty, bo tata nie jest kimś innym, tata to tata:)). Dla nas to był moment idealny, moment, w którym do takiego wydarzenia dorosłam. A tak się dzieje, w moim życiu, że gdy niczego na siłę nie przyspieszam i zbyt długo nie odwlekam to wychodzi właśnie tak, jak ma być, idealnie wręcz…