Nie jesteś moja

Długo nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli. Była dla mnie zbyt trudna. Tylko czasem jakiś głos z oddali mówił: Ona nie jest Twoja… Szczególnie w sytuacjach, gdy moje ego brało górę, gdy władczo i z głową podniesioną wysoko wymawiałam te słowa: “to moja córka”.Powoli dojrzewam do tego, że nie jesteś moja. To prawda, że bardzo wiele nas łączy. Przede wszystkim wybrałaś mnie na swoją matkę, zaufałaś mi, że mogę dać Ci to, czego potrzebujesz. Zbudowałaś swoje ciało z mojego, zamieszkałaś w nim i rosłaś. Później przeszłaś na drugą stronę brzucha i zaczęły się pytania: Podobna do mamusi, czy tatusia? Tak bardzo mnie one męczyły, nie miałam już siły odpowiadać, że to nie ma aż takiego znaczenia, że jedni mówią, że do taty, a inni, że do mamy, że do siebie jesteś przede wszystkim podobna. Zaraz po Twoich narodzinach tata wysłał do wszystkich smsa z radosną nowiną, podając także Twój wzrost i wagę i teraz jak to piszę uświadamiam sobie jakie to było głupie. Jakie to ma znaczenie, czy Ty warzyłaś 3 czy 4 kilogramy? Czy 52 czy 62 cm wzrostu? Informacja, że Twoje ciałko jest zdrowe: tak ona była ważna, ale reszta? Dlaczego po narodzinach dziecka od razu skupiamy się na jego ciele, czy nie ma kwestii ważniejszych? Myślę, że koncentrowaliśmy się wtedy na Twoim ciele, bo w tamtym czasie nie byliśmy w stanie zobaczyć Ciebie naprawdę, byłaś wtedy dla nas naszą maleńką córeczką.

Jednak dziś już wiem, że nie jesteś moja. Jesteś po prostu swoja, jesteś  SOBĄ. Czasem Cię nie rozumiem, czasem się boję Twojej siły, nie wiem jak ją ogarnąć. Możesz zapytać: Mamo, ale po co chcesz mnie ogarnąć? No tak wiem, nie ma takiej potrzeby, ale wciąż pojawiają mi się w głowie słowa takie jak: wychowanie, przykład, dobre zachowanie… Tyle w około głosów, które wiedzą jak powinnam się wobec Ciebie zachowywać, czego Cię uczyć, na co Ci pozwalać, a czego zakazywać…

Patrzę więc na Ciebie kiedy śpisz i czerpię z tego siłę na kolejny dzień życia w zgodzie ze sobą… ja jako ja i Ty jako Ty…

Advertisements

Mama sobie radzi – dziś praktycznie

Ostatnio pisałam o samotności w rodzicielstwie, o momentach kiedy inni nie są w stanie nam pomóc i zrozumieć. Dziś kilka wskazówek, co może pomóc właśnie w takich trudniejszych momentach.

1. Oddychaj – to się moim zdaniem sprawdza zawsze. Kiedy bierzesz kilka spokojnych wdechów, dotleniasz się, Twój umysł zaczyna myśleć jaśniej, serce bije spokojniej… zaczynasz widzieć więcej. Dajesz sobie w ten sposób chwilę na ochłonięcie, nie podejmujesz gwałtownych decyzji. Czasem wystarczy trzy głębokie wdechy i reaguję zupełnie inaczej na daną sytuację.

2. Obserwuj siebie i swoje dziecko, bo nikt nie da Ci lepszej wskazówki niż Wy sami. Bardzo często gdy pojawia się sytuacja niepokojąca szukamy wszędzie, tylko nie w nas. A może warto zamiast czytać kolejną książkę o rodzicielstwie lub zadawać pytania na forach usiąść ze swoim dzieckiem i obserwować je. Sama zawsze gdy nie potrafię znaleźć rozwiązania w jakiejś sytuacji (niekoniecznie związanej z rodzicielstwem) obserwuję jeszcze uważniej Śmieszkę i bardzo często rozwiązanie po prostu przychodzi. Jeśli masz stały, głęboki kontakt ze swoim dzieckiem to nawet jeśli pojawia się coś niepokojącego dużo łatwiej jest znaleźć rozwiązanie, bo szukasz go u źródła.

3. Miej dystans do świata i ludzi, którzy nas otaczają. Pamiętaj, że ludzie, którzy oceniają Waszą sytuację, którzy próbują Wam pomóc mogą to zrobić tylko przez pryzmat swoich doświadczeń, nie są Tobą i nigdy nie będą, traktuj to, co mówią jako informację, wskazówkę, ale nie wyrocznię bądź zalecenia.

4. Zaufaj sobie i doświadczeniom, które do tej pory Cię spotkały. Wiara w siebie jako człowieka i jako matkę – ucz się tego codziennie. Skoro do tej pory sobie poradziłaś, dlaczego teraz miałoby być inaczej?Korzystaj z dotychczasowych doświadczeń.

Oczywiście te wskazówki są oparte na mojej własnej pracy ze sobą, ale może dla Ciebie także będą inspiracją, albo impulsem, aby znaleźć własne.

O samotności w rodzicielstwie

Z mojej perspektywy przychodzi taki moment kiedy czujesz się w swoim rodzicielstwie bardzo samotnie. Piszę o tym bez kategoryzowania tego stanu jako dobry, czy zły. On po prostu jest. I dziś będzie o tym.

Zacznę od porównywania, bo z niego moim zdaniem często ta samotność wynika. Z jednej strony lubimy być oryginalni, wyróżniać się czymś wśród innych, ale z drugiej strony poszukujemy też pewnej normy, standardów, których można by się trzymać. Myślę, że ta zasada obowiązuje także w stosunku do naszych dzieci.

Temat porównywania siebie do innych przerabiałam już na kilka sposobów, a kiedy na świecie pojawiła się Śmieszka zaczęłam nad tym pracować także w obszarze naszej relacji.

Pamiętam jak dziś kluczowe momenty dla mojej zmiany w tym zakresie i wciąż czuję tę oczyszczającą ulgę, kiedy wreszcie odważyłam się puścić i przestać porównywać Ją do innych dzieci: czy to w aspekcie ciała, czy rozwoju fizycznym, ilości snu, ssania piersi, płaczu…

Starałam się więc unikać porównywania Jej do innych dzieci. Jednoznacznie kojarzyło mi się to z oceną i niepotrzebnymi oczekiwaniami, wobec siebie i Jej.

Ostatnio zaś spojrzałam na to porównywanie z trochę innej strony.  Od strony samotności, a raczej próby jej zmniejszenia. Zalezienia w innej mamie, w innym dziecku współtowarzysza w podróży, albo chociaż jej odcinku.

Dlatego gdy słyszę lub zadaję pytania zaczynające się na:

  • Czy to normalne, że moje dziecko…
  • Czy Twoja córka też…
  • Czy Twój syn już potrafi…
  • Od kiedy Twoje dzieci zaczęły…
  • Co robiłaś gdy…

To zastanawiam się po, co je zdaję lub w jakim celu ktoś zadaje je mnie. Bo bardzo często nie chodzi o nasze oczekiwania, ale po prostu potrzebujemy wsparcia, w tym, co trudne i co w naszych dzieciach niestandardowe. Czasem wystarczy powiedzieć, bez analizowania, bez dopytywania: Nie martw się, wszystko jest dobrze.

A czasem jest to trochę bardziej skomplikowane, bardziej i bardziej i bardziej…

Aż dochodzimy do sytuacji, w których nikt nie jest nas w stanie zrozumieć. Po prostu nikt. Zostajemy sami: my i nasze dziecko i doświadczamy samotności do dna jej możliwości, bo nikt nie jest nam w stanie odpowiedzieć na pytania, które stawiamy i zrozumieć, co w danej chwili przeżywamy. Wtedy zostaje nam tylko wiara w nas, w nasze dziecko, w miłość, w relację, którą stworzyliśmy…

Nie, źle to napisałam, słowo “tylko” warto zamienić na “aż”.

Lekcja o zaufaniu

Właśnie skończyłyśmy ze Śmieszką wieczorną zabawę: Ona stała na podwyższeniu łóżka, rzucała się przed siebie, a ja Ją łapałam i znowu… Przypomniałam sobie, że sama kilka razy na różnych szkoleniach brałam udział w podobnej zabawie, ćwiczeniu uczącym zaufania, gdy jedna osoba ma złapać drugą.  I pamiętam pewien niepokój, który mi za każdym razem towarzyszył i ulgę kiedy już lądowałam w ramionach współtowarzysza.
A dziś patrzyłam na Śmieszkę i widziałam w Jej oczach to bezgraniczne zaufanie i Jej radość na każdym etapie zabawy.
Pojawiło się więc pragnienie, aby dać Jej  tę pewność jak najdłużej, aby wiedziała, że “zawsze Ją złapię”, w każdej sytuacji, bez względu na to ile będzie miała lat i jaką drogą będzie szła… Choć tak naprawdę najważniejsze jest, aby Ona zawsze ufała sobie, a te pierwsze lata z rodzicami mogą Jej po prostu pomóc w utrzymaniu właściwej perspektywy w przyszłości. Chcę aby Śmieszka wiedziała, że świat jest bezpieczny tak długo jak będzie ufała sobie. Wtedy odnajdzie się w każdej sytuacji, w każdej…
Jednocześnie w tej cudownej zabawie Śmieszka przyjęła po raz kolejny rolę mojej nauczycielki. Piszczała z zachwytu, tak jakby chciała mi powiedzieć: patrz mamo i ucz się ode mnie. Ty też tak możesz… I wierzę, że rzeczywiście tak jest, choć czasem tak trudno przychodzi to zaufanie do świata, innych ludzi i siebie przede wszystkim…

Prawo własności:)

Dziś pierwszy raz usłyszałam z ust Śmieszki bardzo wyraźne i świadome: “Moje!”. Gotowałam obiad, a Ona pokazała na krzesełko i powiedziała: “To je moje”. Później powtórzyła to jeszcze kilka razy pokazując na inne przedmioty. Od razu przypomniałam sobie tekst Agnieszki Stein o tymże tytule (http://agnieszkastein.pl/o-dzieleniu-sie/). Uznałam to za dobry znak, aby o tej kwestii napisać.
Nie ma właściwie wizyty na placu zabaw, abym nie usłyszała z ust innych rodziców zdań typu:
– podziel się z dziewczynką,
– jak nie będziesz się dzielić, to nie będą Cię lubić,
– proszę wziąć tę zabawkę, on musi się dzielić,
– nie bądź samolubny itp.
O tym, że to wcale nie tak ma być, przeczytałam już dawno temu. Było to dla mnie dość zaskakujące, bo sama “od zawsze” myślałam, że dziecko trzeba uczyć się dzielić… Jednak bardzo szybko przekonały mnie argumenty, że aby móc się czymś dzielić trzeba poczuć, że coś jest moje, że mam prawo wyboru… I że dziecko w swoim rozwoju potrzebuje fazy “To je moje!”. A raczej, że potrzebuje wsparcia rodziców w tymże etapie, bo on po prostu jest.
Do niedawna ćwiczyłam to na dwa sposoby. W teorii, czytając o tym i myśląc jak w różnych sytuacjach mogłabym zareagować. I na placach zabaw w relacjach z innymi dziećmi i ich rodzicami.
Przez kilka miesięcy nauczyłam się następujących rzeczy:
1. Zawsze gdy Śmieszka chce się bawić czyjąś zabawką, pytam o zgodę dziecko, a nie jego rodzica. Choć w 90% rodzic odpowiada za dziecko i to z prędkością światła, zachowuję się tak jakbym nie słyszała i dalej pytam dziecko. Zdarzyło mi się już kilka razy powiedzieć po prostu: Rozumiem, że Pani nam pozwala, ale my chcemy poznać zdanie właściciela zabawki.
2. W oczach dziecka widać od razu, czy ma ochotę się dzielić czy nie. A więc jeśli czuję, że dziecko nie chcę swojej zabawki wypożyczyć, albo się waha szanuję to.
3. Jeśli dziecko chętnie pożycza swoją zabawkę, raz na jakiś czas patrzę w jego kierunku i mówię, żeby pamiętało, że jak tylko będzie chciał ją odzyskać, to żeby nam od razu powiedział.
4. Za każdym razem gdy ktoś chce zabawkę Śmieszki pytam Ją czy ktoś inny może ją wziąć. I uczę się szanować Jej decyzję, choć często spotykam się z dziwnymi minami dzieci i ich rodziców.
Wciąż wiele kwestii w tej sprawie jest dla mnie trudnych i potrzebuję się cały czas uczyć, że w byciu ze Śmieszką nie chodzi o to, aby robić tak jak większość uważa, że robić trzeba, ale tak jak nam potrzeba:).
Na ten moment najtrudniej jest mi w sytuacji gdy Śmieszka chce się pobawić czyjąś zabawką i dziewczynka/chłopiec od razu podają, mówią: “proszę, weź”. Śmieszka się bawi zadowolona. Jednak gdy pięć minut później ta sama osoba, chce się pobawić Jej zabawką, Ona mówi stanowcze “Nie!”. I w tej sytuacji zazwyczaj jednak zaczynam z Nią negocjować…  Oj jeszcze wiele potrzebuję się nauczyć.