Tylko bez pomidorków!

Co dziś na obiad? – pyta Śmieszka

Pomidorówka – odpowiadam.

Tak, tak pomidorówka – moja ulubiona! (Swoją drogą naprawę nie rozumiem fenomenu zupy pomidorowej:)) Ja chcę bez pomidorków! – dodaje podekscytowana i głodna

Wybieram więc zupę starannie tak jak potrafię, bez pomidorków. Podaję i obie siadamy do stołu. Dziesięć sekund później krzyk: Ja chciałam bez pomidorków! Tu jest pomidor!

No tak jest, wybrałam tak jak potrafiłam. Rozumiem, że lubisz bez pomidorów, możesz go wyjąć na talerz. – tłumaczę spokojnie.

Obiecałaś, że będzie bez... – zwija usta w charakterystyczną, odziedziczoną po mamie podkówkę.

I kiedy już mam zamiar jej tłumaczyć, że rozumiem, iż to trudne, gdy zbieram już w sobie wszystkie pokłady empatii, i godzę się z tym, że obiadu w spokoju nie zjem…  Nagle następuje olśnienie…

Dobrze daj przecedzę Ci przez sitko.

Przelewam – zajmuje mi to 10 sekund. Zaczynamy jeść obiad po raz drugi.

-Pyszna ta zupka, prawda? Taka bez pomidorków jak lubię… – odpowiada z uśmiechem, który według niektórych odziedziczyła po mamie, a według niektórych po tacie:)

Świadomość, że wsparcie Śmieszki w wyrażaniu emocji jest ważne, przyszła do mnie dawno temu. Jednak znacznie później odkryłam coś, co jest równie istotne, mianowicie fakt, że w wielu momentach ja jako rodzić mogę pomóc jej uniknąć sytuacji, które rozpalają ją do czerwoności. Dlaczego zrozumienie tego zajęło mi znacznie więcej czasu? Bo w naszym społeczeństwie wciąż panuje przekonanie, że rodzic, który ustępuje swojemu dziecku, który daje się przekonać do zmiany planów to rodzic zbyt rozpieszczający… Zobaczysz wejdzie ci na głowę! – czy jest na sali rodzic, który choć raz w życiu nie usłyszał podobnego zdania? Dlatego o ile nigdy nie broniłam Śmieszce płakać, nie bagatelizowałam jej problemów to wiem, że wiele razy upierałam się przy swoim. Robiłam tak, bo głupio było mi się wycofać, bo jestem uparta tak samo jak ona i wydawało mi się, że żeby wyjść z twarzą trzeba to już jakoś dotrzymać do końca. A pewnie wiele łez można było uniknąć gdybym zamiast w zaparte stała przy swoim, zatrzymała się na chwilę i zapytała: Co dla Ciebie jest ważne? Dlaczego chcesz zrobić inaczej niż Cię proszę? Bez pytań tego typu twierdzenie, że tworzę z moją córką relacje partnerskie staje się bardzo pozorne…

 

O co tak naprawdę się wściekasz?

Jestem wściekła…

Na koleżankę, że znowu nie zrobiła tego, o co ją prosiłam.

Na tę kobietę, która wepchała się przede mnie w kolejkę, nie widziała, że jestem w ciąży?

Na babcie, że znowu częstowała moje dziecko cukierkami.

Na dziecko, że najchętniej oglądałoby bajki przez 8 godzin dziennie.

Na telewizję, że emitują takie głupoty.

Na producentów żywności, że kłamią ludzi w żywe oczy…

Czy oby na pewno, te osoby są powodem mojego zdenerwowania?

A czy Ty, kiedy pojawia się w Tobie złość, zastanawiasz się, o co tak naprawdę jesteś wściekła?

Ja od jakiegoś czasu staram się to robić regularnie i wniosek do jakiego doszłam jest jeden: zawsze tak naprawdę złoszczę się tylko i wyłącznie na siebie samą, a inne osoby i sytuacje, które mi się przytrafiają to tylko punkty zapalne, które uruchamiają we mnie wszystko, to na co nie mam zgody i akceptacji.

Bo kiedy wściekam się na kobietę, która weszła bez pytania przede mnie w kolejkę to tak naprawdę złoszczę się, że nie potrafiłam zatroszczyć się o siebie i jasno określić moich granic. Gdy babcia częstuje Śmieszka cukierkami, to tak naprawdę tylko przypomina mi, że to ja najczęściej jej te słodycze daję. Kiedy złoszczę się na głupie programy telewizyjne, to budzi się we mnie irytacja, że wciąż zdarza mi się je oglądać…

A więc dlaczego tak często wolę „zgonić na innych”. Moja odpowiedź jest prosta: tak jest mi łatwiej, często wygodniej, a przez długi czas w ogóle nie miałam  świadomości, że można inaczej.

W relacji ze Śmieszką doświadczam jednak cały czas jednego: Ona ZAWSZE wie, co jest prawdziwą przyczyną mojej złości. Czasem wydaje nam się, że przed dziećmi możemy wiele ukryć. Moim zdaniem, nie możemy ukryć nic. Dlatego właśnie tak ważne jest, aby moja relacja z córką była oparta na głębokiej szczerości uczuć. Nawet jeśli czasem kilka razy dziennie mówię (niekoniecznie głośno), że jestem wściekła na moją nieporadność i bezradność w byciu mamą… A Ona czasem przychodzi i mówi: Mamusiu jest wszystko okej. Możesz płakać, jestem przy Tobie…

Jaką mamą jestem? Najlepszą!

Ten tekst dedykuję przede wszystkim kobietom, które dopiero noszą w sobie dziecko. Szczególnie dedykuję go jednej bardzo bliskiej memu sercu mamie, które pewnie już z lekkim zniecierpliwieniem wygląda rozwiązania…

Jestem najlepszą mamą jaką potrafię być w tej chwili. Dziś mogę to powiedzieć ze spokojem w sercu i patrząc w oczy zarówno sobie, jak i mojej córce. Mam odwagę to powiedzieć po trzech latach (w ciąży też czułam się mamą) wspólnej drogi i wielości doświadczeń.

Dziś wiem, że byłam najlepszą mamą gdy w pierwszych dniach życia podawałam Śmieszce sztuczne mleko. Byłam najlepszą mamą gdy próbowałam ją w weku trzech miesięcy uczyć samodzielnego zasypiania (swoją drogą, czy każda mama musi coś takiego przejść? Bo mało znam mam, które tego nie próbowały;)). Byłam także najlepszą mamą dziś gdy nie zgodziłam się na drugi soczek, a ona nie była wstanie tego zrozumieć i całe jej ciało płakało. I gdy leżała na sklepowej podłodze, a ja po prostu byłam z nią tak jak potrafiłam. A chwilę później gdy pozwoliła się już wziąć za rękę i tak sobie szłyśmy przez supermarket podeszła do nas starsza pani i zawołała do niej: beksa, beksa. A ja powiedziałam: Nie słuchaj tej pani. I pochyliłam się nad nią, spojrzałam w te zapłakane oczy i dodałam: Nigdy nie słuchaj ludzi, którzy będą Cię tak pochopnie oceniać! I później już szłyśmy inaczej, obie trochę bardziej wyprostowane, choć jedna z nas nadal bardzo płacząca.

To, że nie patrzę na przeszłość przez pryzmat błędów i pomyłek nie oznacza, że daję sobie prawo, aby dziś postępować tak samo. O nie! Jest wręcz odwrotnie to właśnie łagodność i miłość do siebie samej sprawia, że dużo szybciej wyciągam wnioski. Zamiast gnębić się wyrzutami sumienia i analizować, jak to że wczoraj na nią krzyknęłam wpłynie na jej dorosłe życie, zastanawiam się, co trzeba zmienić. Czego potrzebuję, aby jutrzejszy dzień był łagodny dla każdej z nas…

Uczę się nie oceniać siebie. Jak inaczej mogę się oduczyć oceniania drugiego człowieka? Jak inaczej nuczę tego Śmieszkę? Tak wiem, możesz mnie śmiało złapać za słowo. Przecież zdanie „Jestem najlepszą mamą jaką potrafię być w tej chwili” jest oceną w czystej postaci. Załóżmy więc, że na ten moment uczę się nie oceniać siebie negatywnie. A wierzę, że kiedyś zniknie także potrzeba dodawania tego „naj” i z dumą będę mówiła po postu „Jestem mamą”… I nic więcej nie będzie mi potrzebne do szczęścia…

Dlatego pamiętaj bez względu na to, jak chcesz aby wyglądały Wasze wspólne początki po tej stronie brzucha, one będą takiej jakie mają być. A Ty będziesz najlepszą mamą, dlatego wejdź w ten szczególny czas z miłością do siebie przede wszystkim.

Podoba Ci się ten tekst? Zachęcam do zakupu mojej książki, w której znajdziesz więcej moich przemyśleń: http://e.wydawnictwowam.pl/tyt,71122,Atrakcyjna-mama.htm

Filozofia życia, którą praktykuję jest Ci bliska? Zapraszam do bliższej współpracy: https://odplanowaczycie.wordpress.com/coaching-dla-mam/

Ochy i achy na temat dziecka

W ostatnim czasie słowem, które najczęściej powtarzam jest „niesamowite”. Wymawiam je mniej więcej przez 10% czasu, bo resztę nic nie mówię – moje usta pozostają otwarte z zachwytu. Zachwytu nad Śmieszką naturalnie. Wróćmy jednak na chwilę dwa lata wstecz.

Kiedy Śmieszka mieszkała w moim brzuchu snułam pewne plany jak to będzie jak już się urodzi. Jedną z kwestii, którą miałam przemyślaną było to, ile należy o dziecku mówić przy innych. Wtedy uważałam, że zdecydowanie nie za dużo! Bo po pierwsze jak będę o Niej cały czas mówić, to pomyślą, że nic innego nie robię, że mnie to macierzyństwo zjadło, że kiedyś to miałam jakieś zainteresowania, albo chociaż najświeższe plotki, a teraz tylko Śmieszka, Śmieszka, Śmieszka… Po drugie wiadomo, że jak się z dzieckiem spędza dużo czasu, to dla higieny umysłu dobrze jest w towarzystwie od jego tematu czasem odpocząć. Po trzecie to wypada za dużo nie mówić z powodu zwyczajnej przyzwoitości, bo przecież wiadomo, że nawet jak ktoś mnie lubi i Śmieszkę lubi to umiar wskazany we wszystkim. Nie wiem do końca jak mi to wychodziło, ale nikt nigdy publicznie nie zgłosił zażalenia. Więc chyba za bardzo nie zamęczałam. W każdym razie wolę tak myśleć:)

 Do niedawna… Bowiem od kilku miesięcy nie mogę się powstrzymać. No po prostu nie mogę. Weźmy na przykład sobotni wieczór: M. wrócił z pracy i chciał się chwile przespać. Śmieszka do Niego podchodzi i mówi: Tatusiu jesteś zmęczony? Tak – odpowiada M.. No, widzę bo masz taką smutną buzie...

Albo przytulam Ją bo narzekała na ból brzucha, parzy nam mnie i mówi: Mamusiu ty jesteś taka miła:)

Kiedy Ona się tego nauczyła?;) Mogłabym tak bez końca…

I tu nie chodzi o zachwyt nad Śmieszką (to znaczy mnie oczywiście chodzi, ale w samym tekście nie). Chodzi o to, że bez względu na to, czy Twoje dziecko zaczęło mówić jak miało rok, czy trzy lata to jest fascynujące. Rozwój człowieka jest niezwykły. A szczególnie jeśli NAPRAWDĘ przestaniemy swoje dzieci porównywać do innych i schowamy nasze oczekiwania do kieszeni to jest ogromna szansa, że dostrzeżemy ich niepowtarzalność i poczujemy wdzięczność, że dane jest nam jej doświadczać.

Dziękuję

W ostatnim czasie jednym z najczęściej wymawianych przez Śmieszkę słów jest “Dziękuję”.

  •  Zjadła śniadanie: dziękuję;
  • Ubrałam Jej buty: dziękuję;
  • Znalazłam Jej króliczka: o dziękuję mamusiu!

 Wielokrotnie czytałam o tym, że dzieci uczą się poprzez obserwacje. Nie trzeba im niczego nakazywać, wystarczy samemu zachowywać się tak jakbyśmy sobie tego życzyli, a szansa, że dziecko przejmie od nas określone zachowania jest bardzo duża.

Od początku życia ze Śmieszką byłam przeciwna mówieniu Jej, co ma mówić. Podziękuj za prezent, przeproś dziewczynkę, powiedz dzień dobry itp. – to komunikaty, których ode mnie nie słyszała lub słyszała bardzo rzadko. Jeśli sytuacja wymagała odpowiednich słów starałam się je układać tak, aby wychodziły ode mnie i były zgodne z prawdą.

Nie mam w sobie presji, aby Śmieszka każdemu za wszystko dziękowała, zawsze mówiła dzień dobry i przepraszała gdy inni tego od niej oczekują. Wręcz odwrotnie chcę jej przekazać, że szczególnie te dwa słowa: dziękuję i przepraszam nigdy nie powinny nam spowszednieć, stać się rutyną. Mają w sobie ogromną moc i uważam, że używanie ich bezmyślnie, dla konwencji znacznie osłabia ich działanie. Podziękuj wtedy gdy jesteś naprawdę wdzięczna. Przeproś gdy czujesz się gotowa, gdy czujesz, że te słowa są potrzebne.

Kiedy patrzę na naturalność z jaką wypowiada słowo “dziękuję”, kiedy całe Jej ciało okazuje wdzięczność przypominam sobie o bardzo ważnej prawdzie: W każdej chwili mojego życia jest coś za co mogę podziękować: Za dobry obiad, który przygotował mąż; Za to, że teraz się bawi ze Śmieszką a ja mogę po długiej przerwie napisać kolejny post; Za wspólny spacer;za to,że rano znalazłam przepis na wegańskie ciasto czekoladowe i miałam w domu wszystkie składniki… Kiedy piszę wokół mnie dzieją się kolejne zdarzenia, za które czuję wdzięczność (dosłownie w tej chwili Śmieszka wzięła mój ogryzek jabłka i wyrzuciła go do kosza – dziękuję córeczko:))

Dzięki Śmieszce uczę się każdego dnia okazywać wdzięczność za te piękne i przyjemne chwile, ale także za doświadczenia trudne, które w pierwszej chwili powodują żal i pretensje. Jednak wiem, że każde z nich jest ważne. Mogłoby się wydawać, że to ona ode mnie będzie się uczyć tych słów i choć rzeczywiście pewnie pierwszy raz usłyszała je z ust swoich rodziców to ona uczy nas jak wielką mają moc jeśli wypowiadamy je prosto z serca…

Podoba Ci się ten tekst? Zachęcam do zakupu mojej książki, w której znajdziesz więcej moich przemyśleń: http://e.wydawnictwowam.pl/tyt,71122,Atrakcyjna-mama.htm

Filozofia życia, którą praktykuję jest Ci bliska? Zapraszam do bliższej współpracy: https://odplanowaczycie.wordpress.com/coaching-dla-mam/

Nie wierzyłam, a jednak:)

O usypianiu Śmieszki mogłabym napisać książkę. Oczywiście, jak każda mama:) Bowiem rozmawiając z co najmniej setką mam w ostatnim roku przekonałam się, że Śmieszka nie jest zbyt oryginalna jeśli chodzi o swego rodzaju oporność w zasypianiu.

Towarzyszyliśmy jej w zaśnięciu przez ostatnie dwa lata na milion sposobów.  Zasypiała na rękach w pozycji pionowej, poziomej, pochyłej, w nosidle, przy wentylatorze, suszarce, muzyce, czytaniu, przy mamie, przy tacie, przy zapalonym świetle i zgaszonym, o 19 i o 23 (zdecydowanie częściej opcja druga:)).  W każdym razie każdą zmianę w tym aspekcie nauczyliśmy się przyjmować z pokorą.

Aż tu nagle, niespodziewanie przyszedł TEN dzień. Śmieszka przyszła do mnie kiedy zmywałam w kuchni naczynia i powiedziała: “Mamusiu, chodźmy już spać.” Oniemiałam wzięłam za rękę i idę. Położyłyśmy się na łóżku, ona kontynuuje: “Mamusiu, jeszcze zapal noc”. Gaszę więc światło i zaczynam opowiadać bajkę o Fikusiu. Po 5 minutach Śmieszka śpi, a żeby było zabawniej wszystko ma miejsce ok. 20:)

I oczywiście już mi się pojawia myśl: “Ktoś podmienił mi dziecko”, ale po chwili przypominam sobie, że człowiek, a szczególnie człowiek, który jest dzieckiem nieustannie się zmienia. A my jako rodzice możemy mu w tych zmianach towarzyszyć i czerpać radość z każdego nowego odkrycia…

Tak więc mój morał nie brzmi: “Nie martw się jeśli Twoje dziecko zasypia 3 godziny, kiedyś zaśnie w 5 minut.”  Choć jeśli tej otuchy potrzebujesz – to o tym również Cię zapewniam:) Dla mnie najważniejsze w obcowaniu z drugim człowiekiem, a szczególnie z moją córką jest otwartość na zmiany, które w niej następują: te przyjemne, te trudne, te niezrozumiałe. Bowiem to właśnie jej rozwój motywuje mnie, abym także nie stała w miejscu.

Pragnę Wam życzyć na ten szczególny czas Świąt Bożego Narodzenia otwartości na drugiego człowieka i dostrzeżenia w nim zmiany, choć czasem tak bardzo niewidocznej na pierwszy rzut oka…

O trudnych emocjach przez zabawę

Książkę “Rodzicielstwo przez zabawę” przeczytałam ponad rok temu i po lekturze towarzyszył mi pewien niedosyt. Z jednej strony znalazłam tam sporo ciekawych pomysłów na poznanie dzieci, wsparcie ich w rozwoju, a także radzenie sobie z trudnymi sytuacjami właśnie poprzez zabawę. Zachwyciło mnie to, bo Cohen maksymalnie rozpuszcza to, co dla nas rodziców może wydawać się trudne, ponad nasze siły. Z drugiej strony Śmieszka miała wtedy rok i znalazłam mało materiału, który mogłabym od razu zweryfikować, sprawdzić czy u nas zadziała. Tak więc wiedziałam, że do książki trzeba będzie wrócić później. I w ciągu ostatnich dni, chyba pierwszy raz świadomie ta książka mi pomogła.

Śmieszka ma od kilku dni katar – bardzo nieprzyjemne dla dorosłych, a co dopiero dla nieokiełznanej dwulatki. Co za tym idzie trzeba jej czyścić nosek. Śmieszka oczywiście bardzo tego nie lubi. W pewnym momencie pokazała, że ona też mi chce czyścić nos. Wtedy właśnie przypomniałam sobie fragment książki Cohena, który opisywał, że gdy dziecko wraca od lekarza, który zrobił mu zastrzyk może w domu przepracować to trudne doświadczenie np. poprzez “robienie zastrzyków” misiom i lalkom. Dlatego gdy Śmieszka zabrała się za mój nos od razu wcieliłam się w jej rolę:

O nie Kochanie! Nie rób tego! Bardzo tego nie lubię! Nie chcę, nie chcę! – krzyczałam

Chcesz, chcesz – odpowiedziała Śmieszka. No to się matka popisałaś – pomyślałam. Przecież skądś ona wzięła to “chcesz, chcesz” – widocznie tak do niej mówiłam.

Kontynuowałyśmy zabawę przed każdym psikaniem i Śmieszce ewidentnie to pomaga. Usłyszałam naprawę ważne informacje:  Mamusiu trzeba psiknąć, mamusiu katarek sobie pójdzie. Pojawiło się też zdanie: Mamusiu nie bój się.  I to wszystko dowiedziałam się o niej dzięki temu, że zaczęłam się z nią bawić.

Śmieszka zaczęła przepracowywać w sobie to nieprzyjemne doświadczenie. Teraz lepiej znosi czyszczenie nosa, a nawet jak nie chce potrafi o tym mówić.

To doświadczenie upewniło mnie, że najwyższa pora wrócić do książki “Rodzicielstwo przez zabawę”. Czytaliście?

 

Dlaczego piszę?

W swoim życiu każdy z nas podejmuje codziennie jakieś decyzje. Niektóre pozornie błahe, inne na wagę złota, ale każdą z nich trzeba podjąć. Tak samo było z blogiem. Przyszedł taki dzień, że podjęłam decyzję: Chcę dzielić się z innymi ludźmi, tym co doświadczam jako matka.

Jeszcze kilka lat temu byłam bardzo przeciwna publikowaniu jakichkolwiek treści w Internecie. Z różnych powodów, żeby chronić swoją prywatność, aby później nie żałować, aby mój potencjalny pracodawca nie miał na mnie “haka” itp. Nawet w momencie zakładania bloga nie wiedziałam, czy będę go pisała z imienia i nazwiska, czy pod pseudonimem.

Choć wtedy obawa nie wynikała z troski o mnie, czy Śmieszkę – wynikała ze strachu o ocenę innych, że treści, które prezentuję nie są wystarczająco dobre. Zmieniałam się, dojrzewałam i w którymś momencie podjęłam kolejną decyzję: chcę podpisywać moje treści imieniem i nazwiskiem. Na ten moment jest mi z tym dobrze.

Dlaczego piszę bloga?

Bez względu na to, co robię w życiu myślę o tym: Dlaczego to robię? W jakim celu? Tak też było z blogiem i książką. Przecież motywacje mogą być bardzo różne. Jedni piszą, bo chcę promować swoje nazwisko, inni bo w czymś się specjalizują i chcą innym udostępniać wiedzę, inni potrzebują kontaktu z ludźmi. A dlaczego piszę ja? Ponieważ mam w sobie ogromną potrzebę dzielenia się z innymi tym, co przeżywam jako matka. Okres od kiedy na świecie jest moja córka jest dla mnie fascynujący. Każda chwila bez względu na to, czy towarzyszą jej łzy szczęścia, czy cierpienia jest wzbogacającym moje życie doświadczeniem. To wszystko. Jeśli jutro przestanę czuć taką potrzebę to nie będę pisała.  Na ten moment daje mi to ogromną radość.

Ten blog nie jest miejscem w którym znajdziesz gotowe wskazówki, rozwiązania swoich dylematów, czy problemów. Ba! Nie przypominam sobie, abym pod którymś z tekstów to sugerowała. A wręcz odwrotnie znajdziesz sporo tekstów zachęcających do poszukiwania w sobie. Nie piszę w roli eksperta od wychowywania dzieci i na ten moment nie mam potrzeby nim zostać. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę taką potrzebę miała. To co piszę to MOJA HISTORIA – każdy może ją przeczytać tak jak chce, wziąć z niej to, na co ma ochotę. Dlatego trudno mi się odnieść do pytań: Kto mi dał prawo do pisania o takich ważnych kwestiach jak wychowywanie dzieci? Ponieważ odnoszę się jedynie do własnych doświadczeń i cóż sama dałam sobie prawo do przeżywania mojego życia po swojemu.  A to, że inni odnajdują w moich treściach inspirację dla siebie? Wow! To jest niezwykłe i jeszcze bardziej motywuje mnie, aby w dalszym ciągu to SWOJE życie przeżywać maksymalnie uważnie, z pasją i miłością. A to, że dla części osób, mój sposób funkcjonowania w świecie jest niezrozumiały? Wow! To mi przypomina nieustannie o kwestii najważniejszej: wyzbywaniu się ocen i oczekiwań wobec drugiego człowieka. Bo tak długo jak ja oceniam innych, tak długo oni będą oceniać mnie. Tak więc każda lekcja jest cenna, jeśli odważę się przyznać przed sobą samą: że skoro mnie coś boli, dotyka to nie dlatego, że ta osoba mi chciała “dopiec”, ale dlatego, że ten pokój w moim sercu nie został jeszcze wysprzątany.

Czy nie boję się, że Śmieszka będzie miała do mnie pretensje o to, że o niej pisałam?

Naturalnie liczę się, że takie wydarzenie może mieć miejsce. To może być jedna z konsekwencji tej decyzji. Jeśli kiedyś do mnie przyjdzie i powie, że jej się to nie podoba, powiem jej szczerze dlaczego to robiłam z nadzieją, że zrozumie. Natomiast na ten moment wiem, że przez te dwa lata podjęłam już za nią tyle WAŻNYCH decyzji, że ta jest po prostu jedną z nich. Bo kto wie, czy nie przyjdzie za dwadzieścia lat i nie zapyta mnie dlaczego ją szczepiliśmy, dlaczego nadaliśmy jej takie, a nie inne imię, dlaczego wybraliśmy za nią religię? Każdego dnia podejmuję za nią decyzję i jedyne, co mogę zrobić to podjąć je w zgodzie ze sobą na TU i TERAZ. Wiec kiedy przyjdzie powiem jej: Córeczko na tamten moment robiłam to, co uważałam za najlepsze dla Ciebie i dla siebie.

Dlaczego piszesz o TAK prywatnych sprawach?

Tu trzeba by wejść w kwestie znaczenia słowa prywatność. Czym dla mnie jest prywatność? Jest sferą, którą zostawiam wyłącznie dla siebie i moich bliskich. Dlatego na blogu nie ma czegoś takiego jak “prywatne informacje” bo jak je publikuję to one już nie są prywatne, dosyć logiczne, prawda? Więc jak chcę się czymś podzielić z innymi to robię to, a prywatność zostawiam dla siebie. Oczywiście liczę się z tym, że wiele osób ma tę granicę prywatności postawioną wyżej. Ok. Za każdym razem gdy dostaję komentarz: Ja bym nie mogła o takich rzeczach pisać przyjmuję to jako informację od konkretnej osoby, że ona na tę granicę postawioną w innym miejscu niż ja.

No tak, ale przecież pracujesz z innymi mamami i co z Twoimi kompetencjami, doświadczeniem? To już nie jest tylko Twoje życie…

 Każda z osób, która ze mną pracuję wie jakie mam doświadczenie i kompetencję. Przedstawiam je w trakcie pierwszego spotkania, które jest bezpłatne. Dlatego decyzję o współpracy podejmujemy razem, kiedy każda zada sobie tyle pytań ile potrzebuje:).

 Studiowałam Polonistykę przez pięć lat. Otrzymałam dyplom z wyróżnieniem, który leży zakurzony w szufladzie. Gdyby ktoś przyszedł i zaczął ze mną rozmawiać o literaturze polskiej w wielu obszarach nie miałabym nic do powiedzenia. Informacje, które przyswajałam wyleciały ze mnie jak powietrze, nawet sama nie wiem kiedy i mam z tego powodu sporo kompleksów. Ale dyplom mam. Słowo daje! Mogę wkleić skan! I co z tego, że mam ten papier? Nic.

 A coachingiem i pracą ze sobą żyję każdego dnia. Po prostu to jest we mnie nieustannie. Rozwijam się w tych obszarach dla siebie, nie dla certyfikatów i uprawnień. To nie oznacza, że mam cokolwiek przeciwko certyfikatom, oczywiście, że nie. Chodzi mi tylko o to, że one nie są gwarancją, a często zwalniają nas z obowiązku myślenia. Skoro ktoś jej ten papier dał to chyba się zna.

 Uwielbiam pisać bloga i bardzo kocham pracę z innymi kobietami, dlatego to robię. Dlatego rok temu postawiłam wszystko na jedną kartę i idę dumnie do przodu. Tak, bo jestem z siebie dumna, bo Emilka kilka lat temu bała się własnego cienia, a dziś bierze odpowiedzialność za swoje życie. Proszę nie mylcie dumy z butą. Każdego dnia doświadczam sytuacji, które przypominają mi, że pokora jest najważniejsza. Pomyślcie o tej mojej dumie w odniesieniu do naszych dzieci: Kiedy zrobiły pierwszy krok i nasze serce rozpierała radość. O tego typie dumie myślę pisząc te słowa. Taka duma towarzyszyła mi gdy dzieliłam się z Wami informacją, że można już kupić moją książkę. Dobrego dnia!

Moja pierwsza książka – już w księgarniach

Kochani,

już jest długo wyczekiwana (przeze mnie w każdym razie:)) książka “Atrakcyjna mama – sztuka poznawania siebie”. Choć informacje dostałam już w piątek to potrzebowałam wziąć ją do ręki, aby coś napisać.

10703979_340979762747230_2357207164393252280_n

 Pamiętam moment gdy oddawałam ostateczną wersje do druku. M. powiedział wtedy: “Kochanie, pamiętaj. Jest taka jaka miała być.” I tak poczułam dziś: “Jest taka, jaka miała być.” Patrze na nią jak na moje drugie dziecko –  z miłością po prostu. Bo to, co naszym dzieciom jest potrzebne nieustannie to akceptacja totalna. A więc moja książka też ją dostała.

 Książka jest jak Śmieszka! Ma w sobie dużo lekkości i swobody. Jednak tak jak w zachowaniach Śmieszki często można znaleźć drugie dno, tak i tu. To czytelnik decyduje, czy chce pozostać na poziomie ciekawych i zabawnych obrazków z naszej codzienności, czy chce wejść głębiej i głębiej… Wierzę, że tyle ile czytelniczek, tyle interpretacji:).  Książkę można przeczytać od początku do końca, można też czytać na wyrywki, tam gdzie się otworzy:). Idealna do czytania w tramwaju – bo nie za długa i nie za gruba. Obawiałam się tego, że jest tam sporo treści z bloga. Jednak ponieważ są one przeredagowane, ułożone w spójną kompozycję, a do tego przeplatane treściami zupełnie nowymi to wierzę, że nawet stali czytelnicy będą zadowoleni.

 Bardzo Was zachęcam do kupienia, bo jak się domyślacie nie napisałam jej dla własnej satysfakcji, ale po to, aby jak najwięcej mam mogło z moich doświadczeń, po swojemu skorzystać:).

 Książkę można kupić przez Internet, na stronach Wydawnictwa WAM: http://e.wydawnictwowam.pl/tyt,71122,Atrakcyjna-mama.htm

W Empiku będzie dostępna od jutra: http://www.empik.com/atrakcyjna-mama-gozdz-emilia,p1100839338,ksiazka-p

Jest dostępna także w księgarniach stacjonarnych, m.in. w Matrasie. Osoby z Krakowa mogą także kupić podczas najbliższych Targów Książki.

Jeśli ktoś chciałby kupić bezpośrednio ode mnie z autografem to też jest taka możliwość:)

* Dodano 24-10-2014: Odpowiedz na komentarze, które pojawiły się pod niniejszym postem napisałam w formie odrębnego postu, który możecie przeczytać tu: https://odplanowaczycie.wordpress.com/2014/10/22/dlaczego-pisze/