Poproszę 10 dag PRAWDZIWEJ szynki dla dziecka…

Zdrowszym jedzeniem zaczęłam się interesować jak w moim brzuchu zamieszkała Śmieszka. Wcześniej głównie interesowałam się tym, ile ma kalorii:). A wracając do ciąży ponieważ wiedziałam, że suszone owoce są zdrowsze niż słodycze to jadłam je całymi garściami. Nie doczytałam jednak, że zdrowe są, ale tylko te niesiarkowane, a takich w zwykłym supermarkecie ze świecą szukać… Tak też zaczęła się nasza długa droga ku świadomemu odżywianiu… i trwa dalej. Jak już nam się wydaje, że sporo o jedzeniu wiemy to znowu natrafiamy na jakieś rewolucje… Dlatego wciąż się uczymy i coraz bardziej świadomie wybieramy, co chcemy jeść i dlaczego.

 Dużo się mówi o tym, aby dziecko jadło zdrowo. Owoce i warzywa ekologiczne, gotowane na parze i bez soli. Jak już trzeba podawać żółtko to tylko i wyłącznie od wiejskiej kury. A mięso? No jak już ta kura nam zniesie jajka, to niech poświęci swój żywot dla naszego bobaska… Czasem stojąc w kolejce słyszałam: I poproszę jeszcze 10 dag szynki, ale takiej NAPRAWDĘ dobrej, bo to dla dziecka…

 Sama naturalnie też się tymi zasadami kierowałam. A przywożąc warzywa od mamy „trzymałam” dla Śmieszki. Zastanawiacie się dlaczego piszę w czasie przeszłym? Bo doszłam do wniosku, że ja też chcę jeść niepryskaną marchewkę cały rok i jeśli już szynkę to tę NAJLEPSZĄ.

Zaczęłam się zastanawiać kiedy dziecko kończy etap jedzenia zdrowych, niepryskanych, ekologicznych warzyw i dołączą do pozostałych członków rodziny i je jak wszyscy to, co uda się przynieść z targu lub supermarketu. Kiedy ja jako mama machnę ręką na rosół z kostki i pomidory z supermarketu? I co zrobić, aby nie machnąć? I jedyne, co wymyśliłam to, że trzeba się nauczyć tak żyć… zdrowo. Nie od święta, ale na co dzień. I nie dla dzieci, ale dla siebie…

Lustro

Nie pamiętam swojego pierwszego spojrzenia w lustro po narodzinach Śmieszki. Wiem tylko, że przez pierwsze trzy dni, które spędzałyśmy w szpitalu raczej lustra unikałam. Pamiętam jednak taki wieczór, kiedy stanęłam przed lustrem, spojrzałam na swoje ciało i poczułam wdzięczność.  Poczułam to całą sobą. Uśmiechałam się do każdego kawałka mojego (nie)doskonałego ciała, którego przez większość życia nie akceptowałam. Przeprosiłam je za wszystkie obelgi, które skierowałam w jego stronę. Za śmieci, którymi je karmiłam. Za to, że czasem przez pół roku je zaniedbywałam, a później w miesiąc chciałam doprowadzić do idealności. Za to, że nieustannie porównywałam je z innymi ciałami, głównie modelek, aktorek i piosenkarek.

Jak już je przeprosiłam, za wszystko, co tylko zachowałam w swojej pamięci, to zaczęłam dziękować. Przede wszystkim za to, że jest moim domem i że przez dziewięć miesięcy było idealnym domem dla Śmieszki. Podziękowałam za jego cierpliwość i wytrzymałość. Z miłością patrzyłam na ślady, jakie pozostawiła po sobie ciąża i poród. Z ciekawością przyglądałam się pierwszym zmarszczkom – mimicznym oczywiście.

Stałam jeszcze długo i po prostu patrzyłam na ciało… na ciało kobiety… ciało matki…

Nie porównuj

Spędzamy w Galerii Handlowej sobotnie przedpołudnie. Śmieszka siedzi w wózku i śmieje się do taty w niebogłosy, czym wzbudza zainteresowanie zaganianych przechodniów. To jeden z powodów, dla których lubię zabierać ją w takie miejsca: ten delikatny uśmiech na twarzy nieznajomych, taki, którego wcale nie chcemy, ale on sam do nas przychodzi, gdy w pobliżu pojawia się dziecko. W pewnym momencie mija nas para z dziewczynką w podobnym wieku. Gdy przechodzi słyszymy:

Widziałeś ile ta dziewczynka miała włosków?

– A nasza taka duża a ciągle łysa…

 Podaję taki banalny przykład, ale mogłabym ich tu cytować tysiące. Być może w momencie, kiedy to czytasz również przed Twoimi oczami pojawiają się tego typu obrazy. Porównujemy siebie, nasze ciała, nasze dzieci, wytwory naszej pracy i gdzie nas to prowadzi? W ślepy zaułek niespełnienia i bezradności.

Mam przed oczami jeszcze jeden obraz z przed kilku lat. Idę ulicą i widzę nagle piękną kobietę z nienaganną sylwetką. Robię się smutna i pytam M.: Dlaczego ja nie mam takiej sylwetki? On na to: Kochanie jesteś piękna, a poza tym masz przecież tak wiele: świetną pracę, udany związek, wielu przyjaciół – ciesz się tym. No tak, tak, mam, ale… nie mam takiej idealnej sylwetki… Przez resztę dnia jestem smutna.

Napisałam tę część postu już dawno temu, ale nie mogłam go skończyć, czegoś mi brakowało. I tak czekał sobie niedokończony aż do dnia dzisiejszego.

 Przez większość dotychczasowego życia porównywanie siebie do innych było jedną z moich głównych aktywności. Jedni malują, inni śpiewają a ja miałam taką pasję: porównywać siebie do innych i wypisywać na kartce swoje kolejne niedoskonałości (oczywiście pisząc to śmieję się przez łzy). Szczególnie bliska była mi obsesja na punkcie mojego ciała. Od zawsze uważałam, że jestem za gruba, bez względu na to, czy ważyłam 55 czy 70 kilogramów. Śmieszka zaczęła mnie uczyć dystansu do siebie już w ciąży. Pisałam o tym tu. Wtedy też zaczęłam bardzo, bardzo intensywnie nad sobą pracować. Wiedziałam, że poczyniłam postępy, ale dopiero wyjazd nad morze uświadomił mi, że naprawdę zaczynam się uwalniać od tego koszmaru, od swoich własnych kompleksów.

W wakacje miałam, bowiem zawsze więcej czasu, aby się nad sobą użalać. Leżąc na plaży wypatrywałam panie z pięknymi ciałami i patrząc na nie dołowałam się i zazdrościłam im. Jak już byłam odpowiednio smutna, to zmieniałam obiekty swoich obserwacji i szukałam pań otyłych. W ten sposób pocieszałam się, że jeszcze nie jest ze mną tak źle i szłam na kolejnego gofra. Najgorsze były jednak zdjęcia, bo patrząc na fotografie możemy zobaczyć siebie z pewnej perspektywy. A więc dopiero na zdjęciach widziałam, jaka jestem OGROMNA.

W tym roku po raz pierwszy w życiu jestem wolna od swojej obsesji. Może wolna, to jeszcze za dużo powiedziane, ale na pewno jestem na dobrej drodze ku tej wolności. Będąc na plaży NAPRAWDĘ nie patrzę na inne kobiety z zazdrością, w ogóle mało na nie patrzę. Na siebie również przestałam patrzeć oczami innych: Nie rozbiorę się, bo ONI wszyscy zobaczą, jaka jestem gruba. A przecież ciąża pozostawiła trochę śladów na moim ciele i logicznie to tym razem najbardziej powinnam się wstydzić.

Najpiękniejsze w tym wszystkim są jednak zdjęcia. Kiedy patrzę na fotografie, które zrobił M. widzę… siebie. Nie widzę, ani pięknego ciała, ani grubego, tylko siebie – taką jaką jestem: ta sama w lustrze, ta sama na zdjęciach. I to jest piękne. To jest moje święto. Oglądam te zdjęcia dwadzieścia razy dziennie i zachwycam się nimi, dlatego, że widzę tam po prostu siebie…

Kiedy ciało choruje…

Od poniedziałku ciałko Śmieszki jest chore. Właściwie tak naprawdę pierwszy raz od narodzin Malutkiej mamy do czynienia z taką sytuacją, a co za tym idzie dla każdego z nas jest to trudne doświadczenie. Obserwując Śmieszkę pojawiło się we mnie kilka ważnych dla mnie myśli i chciałabym się nimi podzielić także z Wami. Te mądrości nie są moje, przyszły do mnie w różnych okolicznościach i dzięki nim teraz, kiedy spotyka mnie coś trudnego potrafię sobie z tym lepiej poradzić, szybciej to oswoić. A więc, kiedy patrzę na rozpaloną twarz Śmieszki, powtarzam sobie w myślach:

  1. To nie Śmieszka jest chora, ale jej ciało, które chce coś w ten sposób zakomunikować. Oczywiście to ciało jest bardzo ważne, ale to tylko ciało…
  2. Im szybciej znajdę przyczynę choroby, tym szybciej ona odejdzie. Nie chodzi tu o np. miejsce zarażenia, (choć oczywiście są choroby, kiedy będzie to miało duże znaczenie). Choroba jest zawsze wskazówką, nasze ciało informuje nas, że z jakiegoś powodu powinniśmy się zatrzymać i poszukać w sobie odpowiedzi, dlaczego przyszła.    
  3. Sposób, w jaki ja przeżywam niedyspozycję Śmieszki wpływa na jej postrzeganie tego stanu, a także na nią samą. Gdy widzi moją smutną, zatroskaną twarz automatycznie odbiera to, jako znak że coś jest nie tak: Mama jest smutna, kiedy na mnie patrzy, a więc to ja powoduję ten smutek… Dlatego ze wszystkich swoich sił przepracowuję w sobie to, jak podejść do takich sytuacji. Żeby to miało sens nie wystarczy „nie smucić się przy Śmieszce”, przecież nasze ciało jest dużo sprytniejsze niż nam się wydaje i jeśli „w środku” będę czuła niepokój to mimika mojej twarzy i tak to pokaże, choćbym próbowała się uśmiechać.  Dla mnie jest to trudne, ale naprawdę, jeśli świadomie nad tym pracuję to bez udawanej sztuczności potrafię się do niej uśmiechać. Warto! Szczególnie, że dzięki temu od czasu do czasu, także jej zmęczone ciałko ten uśmiech odwzajemnia.  Ćwiczę to, nie tylko teraz, ale każdego dnia, bo przecież okazję, aby „pomartwić” się o Śmieszkę mam nieustannie…

Obserwując, w jaki sposób Śmieszka przechodzi chorobę chciałabym wspomnieć o kolejnej lekcji, jaką od niej otrzymuję. Sama jestem straszną marudą, może teraz już trochę mniejszą, niż kiedyś, ale jednak, gdy coś mnie boli nie potrafię o tym nie mówić. Nawet, kiedy już nie odczuwam dyskomfortu to jeszcze karmię się jego wspomnieniem… Śmieszka jest Tu i Teraz, a co za tym idzie, kiedy coś ją boli, to komunikuje to: płacze, jest rozdrażniona, potrzebuje bliskości, ale gdy po jakimś czasie leki zaczynają działać i jej ciałko czuje się lepiej, nie traci czasu na rozpamiętywanie, od razu zabiera się do zabawy, zachłannie nadrabia każdą straconą godzinę…

O tym, jak wiele wspólnego mają płacz i okap kuchenny

Płacz odgrywa ogromną rolę w pierwszych miesiącach życia dziecka. Jest to przecież główny sposób komunikowania się ze światem zewnętrznym. Za pomocą płaczu Śmieszka informuje, że jest głodna, ma mokrą pieluszkę, że chcę się przytulić, że po prostu jest już znudzona. Od samego początku właśnie w taki sposób starałam się do niego podchodzić. Powtarzałam sobie: jej płacz nie jest niczym złym, ona tylko z Tobą rozmawia, a im bardziej się w ten głos wsłuchasz, tym szybciej rozpoznasz, o co w danej chwili Cię prosi. Pamiętam pierwszy krzyk z bólu – byliśmy wtedy całą trójką. Gdy Śmieszka zapłakała obydwoje wiedzieliśmy, że takiego płaczu do tej pory nie było.

Pomimo to, że starałam się pracować nad stosunkiem do płaczu to czasami, kiedy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego się pojawił dopadała mnie bezradność. Miało to miejsce szczególnie przy wieczornym zasypianiu Śmieszki. Pewnego wieczoru przypomniałam sobie, że wyczytałam gdzieś, że noworodka bardzo dobrze uspokaja dźwięk suszarki – zbliżony do odgłosów z brzucha mamy. No więc zaczęliśmy włączać suszarkę – działała rewelacyjnie. Śmieszka bardzo szybko się rozluźniała i zasypiała. Czasem wystarczyło, że sama zaczynałam szumieć i również to pomagało. Bardzo skuteczny okazał się także okap kuchenny, który ostatnio powrócił do łask.

 Miewam czasami wyrzuty sumienia, że okap kuchenny potrafi uspokoić moją córkę, a ja nie. Jednak kiedy to piszę, wiem, że wszystko może być właściwe w odpowiednich proporcjach. Najważniejsze jest żeby sprzęty AGD nie uśpiły mojej uważności na potrzeby Śmieszki, abym nigdy nie szła na skróty i najpierw wsłuchiwała się w nią i szukała odpowiedzi na pytanie, czego naprawdę w tym momencie potrzebuje.  Czasem jest to suszarka? Witaj XXI wieku.

Karmienie na żądanie

Każda mama, której dane było karmić piersią, zna doskonale określenie „Karmić na żądanie”.  Kiedy zapytamy lekarza, jak często dziecko powinno otrzymywać mleko, jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że usłyszymy: na żądanie. Ja raz usłyszałam na żądanie, ale nie częściej niż, co dwie godziny:).

 Osobiście bardzo tego określenia nie lubię, źle mi się kojarzy słowo „żądać”. Uważam, że Śmieszka, kiedy jest głodna to prosi mnie o posiłek. Tak myślałam do dzisiaj. Otóż w dniu dzisiejszym Śmieszka zażądała jedzenia. Nawet zanim zaczęłam pisać ten post sprawdziłam, czy oby na pewno dobrze rozumiem to słowo. Znalazłam następującą definicję: Domagać się czegoś kategorycznie. Tak, bez wątpienia Śmieszka dziś zażądała piersi. Płacząc i ciągnąc za bluzkę wdrapała się na mnie i myślę, że gdybym jeszcze chwilę zwlekała ze spełnieniem jej życzenia, znalazłaby sposób na odpięcie biustonosza. Może nie zwróciłabym na to aż takiej uwagi, gdyby nie fakt, że teraz Śmieszka żąda jedzenia, co godzinę.

 Pijąc poranną kawę zastanawiam się, czego tym razem Śmieszka chciała mnie nauczyć, bo bez wątpienia to zrobiła. Myślę, że otrzymałam dwie cenne lekcje. Po pierwsze na nowo zaczęłam się zastanawiać nad znaczeniem słów, które wymawiam każdego dnia. Po raz kolejny uświadomiłam sobie, że to jakich wyrażeń używam w codziennej komunikacji ma ogromny wpływ na Śmieszkę. A po drugie ponownie wyostrzam swoją uważność, bo być może coś przeoczyłam, czegoś nie zauważyłam i w związku z tym Śmieszka zaczęła wyraźniej prosić o spełnienie swoich potrzeb. Może. A może po prostu wchodzi w kolejny etap swojego rozwoju i jest coraz bardziej świadoma faktu, że jeśli czegoś chce, to może o to poprosić, także w bardziej zdecydowany sposób.

 A mnie po głowie ciągle chodzi to słowo i dalej jest mi bardzo odległe, obce. Więc nie będę go używać, może na początek zastąpię je wyrażeniem: prosiła stanowczo.

Moje!

Kiedy Śmieszka się urodziła można było z jej ciałkiem wyprawiać właściwie wszystko. Kropelki do oczek, czyszczenie noska, przemywanie pępuszka – nic nie było dla niej straszne. Ponieważ nie reagowała płaczem myślę, że nawet nie odczuwała, z powodu tych zabiegów pielęgnacyjnych, dyskomfortu. Tak było przez mniej więcej pół roku. Aż pewnego dnia, kiedy jak co dzień rano, chciałam wyczyścić jej nosek, Śmieszka oznajmiła: Nie pozwolę, to mój nosek! Intensywnie kręcąc główką i machając rączkami skutecznie zniechęciła mnie do dalszych prób. To było wielkie święto w naszym domu.  Śmieszka zaczęła przejmować świadomą kontrolę nad swoim ciałem.

Teraz wszystko jest jej: oczka, nosek, uszka, pupcia – najlepiej żebym nic jej nie dotykała. Patrzy na mnie a jej oczy mówią: Zostaw moje uszko, masz swoje! Co za tym idzie: ząbka (na razie ma jednego) myje sobie sama a jedzenie rączkami stało się już codziennością: Mamusiu, czemu chcesz mnie karmić, przecież potrafię już jeść sama?

 Manifestowanie niezależności przez Śmieszkę jest dla mnie niezwykle cennym doświadczeniem i kolejną okazją, aby zastanowić się nad sensem rodzicielstwa. Jaka jest moja rola w tym procesie? Na dziś dzień wiem, że to, co mogę zrobić to być przy niej bardzo blisko. Jednak nie przed nią, ale za nią i tak jak potrafię wspierać ją w tej wędrówce ku samodzielnemu życiu.

 

Ciało

Myśląc o ciąży bardzo chciałam zachować zgrabne ciało i mieć piękny, wystający, okrągły brzuszek. Obiecałam sobie, że zrobię wszystko aby nie jeść za dwoje a dla dwojga. Będę kupowała nowe ubrania – to nic że drogie i na kilka miesięcy, zrobię wszystko, aby pięknie wyglądać – dla siebie, dziecka i dla męża aby wiedział, że nie odsunęłam go na dalszy plan.

Z każdym dniem moje ciało rosło wszędzie tylko nie na brzuchu. W siódmym miesiącu bez problemu mogłam zatuszować to, że jestem w ciąży. Mój brzuch nie był okrągły nawet w dniu porodu. Drogie kremy nie powstrzymały powiększających się rozstępów, jedzenie marchewki wcale nie hamowało tycia. Wszystko było inaczej niż sobie zaplanowałam.

**************************

Zaakceptuj swoje ciało i zmiany jakie w nim następują, twój brzuch nie jest za duży, za mały, jest idealny dla twojego dziecka.