To jest be!

Śmieszka w czasie Świąt upatrzyła sobie u dziadków szklaną bombkę. Trudno było Jej zrozumieć, że nie można tej bombki dotykać. W naszym domu mamy plastikowe i mogła dotknąć i wziąć do ręki każdą… Kiedy po raz kolejny zobaczyłam Ją biegającą po domu ze szklaną bombką w dłoni zaczęłam (tak jak wcześniej) tłumaczyć Jej, dlaczego tym świecidełkiem nie może się bawić. Towarzyszyła nam babcia, która powiedziała: Kochanie daj tę bombeczkę ona jest brzydka, dam Ci inną, ładniejszą (czytaj plastykową). Obróciłam całą sytuację w żart i odpowiedziałam: Babciu nie podoba Ci się ta bombka? Naszym zdaniem jest piękna. Ponieważ jest ze szkła, łatwo można ją potłuc i się skaleczyć. Dlatego nie wolno jej brać do ręki, można tylko patrzeć i się w niej przeglądać.

To jest be! To jest brzydkie!  Unikam tych słów jak ognia, bo moim zdaniem bardzo ograniczają patrzenie dziecka na świat. To, co dla mnie brzydkie, nudne, dla Niej może być piękne i fascynujące. To nie oznacza, że udaję sztuczny zachwyt, gdy coś mi się nie podoba. Mówię wtedy prawdę: Mnie się to nie podoba.

Advertisements

O podążaniu za dzieckiem – dosłownie

Gdyby ktoś mnie poprosił, abym w jednym zdaniu powiedziała, czym jest dla mnie rodzicielstwo bez wahania odpowiedziałabym, że podążaniem za dzieckiem. Do tej pory pisałam głównie o wymiarze metaforycznym, o wsłuchiwaniu się w płacz, obserwacji ciała, kierowaniu się swoją intuicją… I choć może to oczywiste to dopiszę. Podążanie za dzieckiem nie ma dla mnie zbyt wiele wspólnego z tym, że to dziecko decyduje o wszystkim samo. Chociaż decyduje zawsze, gdy jest taka możliwość i jeśli nie kłóci się to z potrzebami innych. Nie ma to także zbyt wiele wspólnego z tym, że dziecko staje w centrum rodzinnych relacji, bo każdy członek rodziny jest traktowany z takim samym szacunkiem i w centrum znajduje się ta osoba, która tego w danym momencie najbardziej potrzebuje. Jednak nie o tym miałam pisać…

Otóż Śmieszka już bardzo sprawnie chodzi, a co za tym idzie zaczynam doświadczać także radości z dosłownego podążania za Nią. Kiedy idziemy na spacer to Ona decyduje, w którą stronę chce iść a ja swobodnie się temu poddaję. I tak idziemy od kamyczka do kamyczka, od listka do listka. Zatrzymujemy się przy każdych schodach i pokonujemy je co najmniej kilkakrotnie. Czasem w domu prosi mnie, abym wzięła ją na ręce i pokazuje, w którym kierunku mam iść. Cieszy się wtedy z odkrywania nowych rzeczy, ale najbardziej ze swojej sprawczości. Są to bardzo cenne doświadczenia, bo ten brak przewidywalności pozwala mi otworzyć się na nieoczekiwane.

 I właśnie dziś w trakcie spaceru Śmieszka zaprowadziła mnie do Kościoła. Skręciła na kościelny plac, zobaczyła wieeelkie schody i do razu zaczęła mnie ciągnąć w ich kierunku. Później weszłyśmy do środka, spacerowałyśmy, dotykałyśmy kwiaty, uśmiechałyśmy się do innych ludzi. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam w Kościele w ciągu dnia. Już zapomniałam, jakie to cudowne uczucie obcować z Bogiem w tej ciszy.

Gdybym nie dała się prowadzić Śmieszce nie doświadczyłabym tej cudownej chwili, a wiem, że bardzo jej potrzebowałam. Ona wiedziała, że jej potrzebuję, dlatego mnie tam zaprowadziła.

Inna perspektywa

Opowiem Wam dziś trzy, krótkie historie:

I.

Jakiś czas temu ośmioletni chłopiec zapytał mnie:

– Ciociu, czy Ty masz dużo pieniędzy?

– Piotrusiu a ile to dla Ciebie dużo?

– No, ja mam 800zł i myślę, że to bardzo dużo.

– W takim razie, ja też mam dużo pieniędzy – odpowiedziałam.

II.

W przedszkolu na lekcji religii mieliśmy taki zwyczaj, że gdy ktoś chciał powiedzieć coś ważnego to wchodził na krzesło. Pewnego razu stanęłam na krześle i powiedziałam: Polska to cały świat. Mój kolega zaczął się ze mnie śmiać. Powiedział, że mówię głupotę, bo Polska jest malutkim kawałkiem świata. Nie wiedziałam, czy mu wierzyć. Miałam wtedy 5-6 lat i dla mnie Polska była całym światem.

III.

Pewnego wieczoru Śmieszka wybrała się na samodzielną wycieczkę: z sypialni do salonu i z powrotem. Kiedy straciła nas z oczu i sama pokonywała korytarz nie odwróciła się nawet raz. Tylko ja, albo M., co jakiś czas zaglądaliśmy z sypialni, czy wszystko jest ok. Po chwili wróciła do nas inna Śmieszka. Bardzo dobrze wiedziała, że zrobiła coś ważnego: sama przemierzyła całe mieszkanie.

Perspektywa patrzenia na świat przez małego człowieka jest zupełnie inna. Dziękuję każdego dnia Śmieszce i innym Dzieciom, które mnie otaczają, że zapraszają mnie do swoich światów. Kiedy wspólnie bawimy się w piaskownicy, spacerujemy, chodzimy na czworakach odkrywam na nowo świat i ponownie ustalam miary, jakimi się posługuję. Dzięki temu zmniejsza się moja zachłanność posiadania a wzrasta wdzięczność za to, jak wiele mam.

To jest moja puenta, ale ponieważ za każdym razem, kiedy myślę o tych obrazach z mojej bliższej bądź dalszej przeszłości przychodzi do mnie inna refleksja to wierzę, że także do Ciebie przyjdzie inna, ta której w tym momencie potrzebujesz.

Karmienie na żądanie

Każda mama, której dane było karmić piersią, zna doskonale określenie „Karmić na żądanie”.  Kiedy zapytamy lekarza, jak często dziecko powinno otrzymywać mleko, jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że usłyszymy: na żądanie. Ja raz usłyszałam na żądanie, ale nie częściej niż, co dwie godziny:).

 Osobiście bardzo tego określenia nie lubię, źle mi się kojarzy słowo „żądać”. Uważam, że Śmieszka, kiedy jest głodna to prosi mnie o posiłek. Tak myślałam do dzisiaj. Otóż w dniu dzisiejszym Śmieszka zażądała jedzenia. Nawet zanim zaczęłam pisać ten post sprawdziłam, czy oby na pewno dobrze rozumiem to słowo. Znalazłam następującą definicję: Domagać się czegoś kategorycznie. Tak, bez wątpienia Śmieszka dziś zażądała piersi. Płacząc i ciągnąc za bluzkę wdrapała się na mnie i myślę, że gdybym jeszcze chwilę zwlekała ze spełnieniem jej życzenia, znalazłaby sposób na odpięcie biustonosza. Może nie zwróciłabym na to aż takiej uwagi, gdyby nie fakt, że teraz Śmieszka żąda jedzenia, co godzinę.

 Pijąc poranną kawę zastanawiam się, czego tym razem Śmieszka chciała mnie nauczyć, bo bez wątpienia to zrobiła. Myślę, że otrzymałam dwie cenne lekcje. Po pierwsze na nowo zaczęłam się zastanawiać nad znaczeniem słów, które wymawiam każdego dnia. Po raz kolejny uświadomiłam sobie, że to jakich wyrażeń używam w codziennej komunikacji ma ogromny wpływ na Śmieszkę. A po drugie ponownie wyostrzam swoją uważność, bo być może coś przeoczyłam, czegoś nie zauważyłam i w związku z tym Śmieszka zaczęła wyraźniej prosić o spełnienie swoich potrzeb. Może. A może po prostu wchodzi w kolejny etap swojego rozwoju i jest coraz bardziej świadoma faktu, że jeśli czegoś chce, to może o to poprosić, także w bardziej zdecydowany sposób.

 A mnie po głowie ciągle chodzi to słowo i dalej jest mi bardzo odległe, obce. Więc nie będę go używać, może na początek zastąpię je wyrażeniem: prosiła stanowczo.

Niezależność

Pamiętam jak Śmieszka pierwszy raz sama zasnęła w swoim łóżeczku. Cały czas podekscytowana stałam przy drzwiach. W pewnym momencie gaworzenie i dźwięki zabawek ucichły, ona spała. Popłakałam się. Nasza córeczka jest już taka niezależna… Po chwili dotarło do mnie, że nigdy wcześniej nie daliśmy jej szansy zasnąć samodzielnie. Zawsze byliśmy przy niej, wierząc, że bardzo nas potrzebuje.

Od tamtej pory staram się, aby każdego dnia Śmieszka miała czas dla siebie. Ona zresztą bardzo lubi poznawać świat na własną rękę. Kiedy dzwoni M. i pyta, co robi nasza córeczka, odpowiadam z uśmiechem: Bawi się wyśmienicie we własnym towarzystwie.

 W ten sposób dopisałam do mojej niekończącej się listy „Jak być mamą” kolejny punkt: Staraj się wychowywać Śmieszkę w taki sposób, aby potrafiła przebywać sama ze sobą, aby potrafiła po prostu być.

Moje!

Kiedy Śmieszka się urodziła można było z jej ciałkiem wyprawiać właściwie wszystko. Kropelki do oczek, czyszczenie noska, przemywanie pępuszka – nic nie było dla niej straszne. Ponieważ nie reagowała płaczem myślę, że nawet nie odczuwała, z powodu tych zabiegów pielęgnacyjnych, dyskomfortu. Tak było przez mniej więcej pół roku. Aż pewnego dnia, kiedy jak co dzień rano, chciałam wyczyścić jej nosek, Śmieszka oznajmiła: Nie pozwolę, to mój nosek! Intensywnie kręcąc główką i machając rączkami skutecznie zniechęciła mnie do dalszych prób. To było wielkie święto w naszym domu.  Śmieszka zaczęła przejmować świadomą kontrolę nad swoim ciałem.

Teraz wszystko jest jej: oczka, nosek, uszka, pupcia – najlepiej żebym nic jej nie dotykała. Patrzy na mnie a jej oczy mówią: Zostaw moje uszko, masz swoje! Co za tym idzie: ząbka (na razie ma jednego) myje sobie sama a jedzenie rączkami stało się już codziennością: Mamusiu, czemu chcesz mnie karmić, przecież potrafię już jeść sama?

 Manifestowanie niezależności przez Śmieszkę jest dla mnie niezwykle cennym doświadczeniem i kolejną okazją, aby zastanowić się nad sensem rodzicielstwa. Jaka jest moja rola w tym procesie? Na dziś dzień wiem, że to, co mogę zrobić to być przy niej bardzo blisko. Jednak nie przed nią, ale za nią i tak jak potrafię wspierać ją w tej wędrówce ku samodzielnemu życiu.