To moja złość!

To moja złość, nie możesz mi jej zabrać! – wykrzyczała dziś Śmieszka przy entej, trudnej sytuacji o “coś”. Tym samym zawdzięczacie jej ten wpis – o emocjach właśnie, a dokładniej o emocjach, które są dla mnie trudne i z którymi nie zawsze sobie radzę.

Mam bzika na punkcie emocji mojej córki:) Od zawsze staram się uczyć ją jak można o nich mówić, jak wyrażać, jak sobie z nimi radzić… Dążę do tego, aby ją wspierać w ich przeżywaniu, a nie tłumieniu i uciekaniu od nich. I kiedy myślę o moim macierzyństwie w perspektywie długofalowej- to właśnie “nauka emocji” jest na jednym z pierwszych miejsc.

Nawiązując do tytułowej złości chciałabym podzielić się z Wami jak radzę sobie z trudnymi (dla mnie) emocjami Śmieszki, jednocześnie wspierając ją tak jak potrafię.

  1. Zawsze jestem obecna – Na tyle na ile potrafię jestem obecna fizycznie, mentalnie i emocjonalnie. Zawsze blisko, na wyciągnięcie ręki, dostępna i gotowa do pomocy. Pozornie nic takiego, ale jak ważne zrozumie ten, komu dane było choć raz popłakać w towarzystwie drugiej osoby, która po prostu była… Bez oceniania, wartościowania, tak po prostu…
  2. Mówię o emocjach i próbuję tłumaczyć jej to, co obecnie przeżywaWylałaś sok, który bardzo lubisz, tak? Jest Ci teraz smutno? Bardzo chciałaś go wypić? Chciałabyś się uspokoić, ale nie wiesz jak to zrobić? 
  3. Uczę ją obserwacji ciała – Nasze emocje są w ciele. Jeśli nauczymy się obserwować nasze ciało w trakcie różnych sytuacji może nam być łatwiej uświadomić sobie, co tak naprawdę przeżywamy. Łaskotki w brzuchu, ściskanie żołądka, znasz to? Dziecko często nie rozumie, co się z jego ciałem dzieje, szczególnie jeśli jest bardzo zdenerwowane, dlatego dużo o ciele rozmawiamy, o tym dlaczego płyną łzy i dlaczego boli brzuszek…
  4. Staram się zachować dystans – Co tu dużo mówić zazwyczaj emocje Śmieszki nie biorą się bez powodu, co więcej często tym powodem jestem po części ja np. kiedy nie zgadzam się na kolejną bajkę. Śmieszka przejmuje też moje emocje, kiedy więc ja mam trudny dzień, zazwyczaj kończy się na tym, że obie takowy mamy. W takich sytuacjach bardzo pomaga wycofanie się, nabranie dystansu. Mnie pomaga powtarzanie sobie w głowie kilku zdań np.: Śmieszka nie jest swoim krzykiem. Kocham i akceptuję cię bez względu na wszystko. Zaraz się uspokoimy i wszystko będzie dobrze…
  5.  Nie obwiniam się za to, co ona czuje – Pamiętam ból jaki czułam gdy pierwszy raz zobaczyłam smutek w oczach mojej córki: Jestem taka smutna – powiedziała, spojrzała na mnie bardzo smutnymi oczami, a dwie minuty później spała… Nie zdążyłam jej utulić, rozśmieszyć, wytłumaczyć… Po prostu poszła z tym smutkiem spać, a ja zostałam i nie potrafiłam sobie z nim poradzić. To było bardzo cenne doświadczenie pokazujące, że moim celem – jako matki nie jest uchronić ją przed złem tego świata. Ona czasem jest zła, smutna i to też jest ok. To oznacza, że żyje po prostu…
  6. Nie odwracam uwagi – Pokusa, aby odwrócić jej uwagę od problemu jest duża i towarzysz mi często. Zdania typu: No nie płacz już, zobacz jaki malutki kotek… Masz ochotę na coś słodkiego? Może pójdziemy obejrzeć bajkę? – w zależności od wieku pojawiają się różne warianty odwrócenia uwagi od tego, co właśnie się dzieje. Dlaczego nie warto tego robić? Bo to ucieczka od tego, co ważne, bo tylko stając oko w oko z tym, co się w nas dzieje mamy szanse na nowe, bo tylko w akceptacji możemy znaleźć spokój, bo poprzez odwracanie uwagi wysyłamy dziecku komunikat: “coś jest ze mną nie tak, skoro mama nie chce żebym płakała”.
  7. Proszę o pomoc innych dorosłych – Jeśli moje dziecko płacze jak oszalałe, a ja mam ochotę zacząć płakać z nią, jeśli to tylko możliwe proszę o pomoc innych dorosłych, którzy w danej chwili mogą mnie zastąpić.
  8. Nie bagatelizuje jej problemów – rozlany sok to NAPRAWDĘ powód do płaczu dla 3-latki, brak zgody na bajkę – NAPRAWDĘ może sprawić, że jej serce pęka, otarcie na kolanie NAPRAWDĘ może boleć tak bardzo, że płacze się pół godziny… Nasze dzieci mają swój własny świat, a w tym świecie swoje własne problemy, do których mają prawo.
  9. Pracuje ze sobą i swoimi emocjami – Cały czas uczę się rozpoznawać swoje własne emocje, oswajać je i przede wszystkim dawać sobie do nich prawo.
  10. Oddycham – są takie sytuacje kiedy nic nie działa, są takie dni kiedy mam dość, są takie momenty gdy mam ochotę zniknąć i gdy zapominam o wszystkich wyżej wymienionych punktach i wtedy ratuje mnie oddech. Dziesięć głębokich wdechów i robi się jakoś prościej, łatwiej…
  11. Wybaczam sobie – Są takie sytuacje kiedy nic nie działa, są takie dni kiedy mam dość, są takie momenty gdy mam ochotę zniknąć i gdy zapominam o wszystkich wyżej wymienionych punktach i gdy nie ratuje mnie nawet oddech. Wtedy zostaje tylko jedno: wybaczyć sobie i zaakceptować fakt, że jestem tylko mamą, niedoskonałą, zwykłą, czasem krzyczącą, płaczącą, taką która czasem ma ochotę zamknąć się w łazience, albo uciec na koniec świata… Najważniejsze, że jestem…

 

Kredyt zaufania

Wraz z narodzinami dziecka dostajemy od niego prezent: bezgraniczny kredyt zaufania. Przypomnij sobie pierwsze spojrzenie w oczy swojego dziecka. Oczy nieskazitelnie czyste, przepełnione miłością i zaufaniem, że przy Tobie jest bezpieczne… To zaufanie dostaje każdy z rodziców: taki prezent, bonus na dzień dobry. Jednak to, co dzieje się później zależy głównie od nas.

 Zawsze gdy odpowiadasz na płacz dziecka, kiedy przytulasz je gdy tego potrzebuje, karmisz gdy jest głodne, przewijasz kiedy pieluszka jest mokra… Maleństwo wie, że jest bezpieczne, bo wystarczy, że tylko poprosi (płaczem zazwyczaj) a mama, albo tata spełnią jego prośbę. Jego potrzeby są zaspokojone, zaufanie do rodziców, a tym samym świata rośnie, a raczej nie maleje – skoro przyjęłam założenie, że na początku było bezgraniczne.

I właśnie w kontekście zaufania chcę poruszyć bardzo ważną moim zdaniem kwestie – okłamywania dzieci. Jestem wyjątkowo często świadkiem tego jak dzieci są okłamywane, choć ich opiekunowie zazwyczaj nie mają kompletnie świadomości, że kłamią. I raczej gdybym się zapytała: Dlaczego skłamałaś? Byliby oburzeni, że śmiem tak twierdzić. O jakich sytuacjach zatem mówię:

  • Dziecko chce lizaka: Nie, nie bierz, choć kupię Ci w drugim sklepie.
  • Dziecko nie chce jechać od dziadków: Nie martw się babcia jutro do nas przyjedzie (tylko, że babcia przyjedzie, ale za miesiąc…)
  • Dziecko nie chce wyjść z domu: To zostań, ja idę. Pa! – Choć wiadomo, że mama nie zostawi tak małego dziecka w domu.

Sama bardzo rzadko okłamuję moją córkę, właściwie trudno mi sobie przypomnieć kiedy to zrobiłam. Oczywiście jest wiele sytuacji kiedy odwracam jej uwagę (np. Dziś zobaczyła tramwaj i chciała się przejechać, a nie mogłyśmy tego zrobić. Więc zaczęłam Ją pytać o ten tramwaj: jaki ma kolor, a czy ma siedzenia, a czy ma światła, a czy można w nim śpiewać, a czy można pić soczek… i tak doszłyśmy do sklepu), proponuję coś w zamian (kochanie nie mogę Ci kupić soku, ale w domu dam CI wodę z miodem).

Dlaczego nie okłamuję Śmieszki? Nie okłamuję jej między innymi dlatego, że uważam iż to marnowanie jej zaufania na drobnostkach, na sytuacjach z których można wyjść inaczej. Uważam, że w codziennym życiu tak często tracę jej zaufanie nieświadomie, że dbam o nie jak tylko to jest możliwe. Mocno wierzę, że tylko w ten sposób możemy zbudować trwały fundament naszej relacji opartej na wzajemnym szacunku i zaufaniu.

O co tak naprawdę się wściekasz?

Jestem wściekła…

Na koleżankę, że znowu nie zrobiła tego, o co ją prosiłam.

Na tę kobietę, która wepchała się przede mnie w kolejkę, nie widziała, że jestem w ciąży?

Na babcie, że znowu częstowała moje dziecko cukierkami.

Na dziecko, że najchętniej oglądałoby bajki przez 8 godzin dziennie.

Na telewizję, że emitują takie głupoty.

Na producentów żywności, że kłamią ludzi w żywe oczy…

Czy oby na pewno, te osoby są powodem mojego zdenerwowania?

A czy Ty, kiedy pojawia się w Tobie złość, zastanawiasz się, o co tak naprawdę jesteś wściekła?

Ja od jakiegoś czasu staram się to robić regularnie i wniosek do jakiego doszłam jest jeden: zawsze tak naprawdę złoszczę się tylko i wyłącznie na siebie samą, a inne osoby i sytuacje, które mi się przytrafiają to tylko punkty zapalne, które uruchamiają we mnie wszystko, to na co nie mam zgody i akceptacji.

Bo kiedy wściekam się na kobietę, która weszła bez pytania przede mnie w kolejkę to tak naprawdę złoszczę się, że nie potrafiłam zatroszczyć się o siebie i jasno określić moich granic. Gdy babcia częstuje Śmieszka cukierkami, to tak naprawdę tylko przypomina mi, że to ja najczęściej jej te słodycze daję. Kiedy złoszczę się na głupie programy telewizyjne, to budzi się we mnie irytacja, że wciąż zdarza mi się je oglądać…

A więc dlaczego tak często wolę „zgonić na innych”. Moja odpowiedź jest prosta: tak jest mi łatwiej, często wygodniej, a przez długi czas w ogóle nie miałam  świadomości, że można inaczej.

W relacji ze Śmieszką doświadczam jednak cały czas jednego: Ona ZAWSZE wie, co jest prawdziwą przyczyną mojej złości. Czasem wydaje nam się, że przed dziećmi możemy wiele ukryć. Moim zdaniem, nie możemy ukryć nic. Dlatego właśnie tak ważne jest, aby moja relacja z córką była oparta na głębokiej szczerości uczuć. Nawet jeśli czasem kilka razy dziennie mówię (niekoniecznie głośno), że jestem wściekła na moją nieporadność i bezradność w byciu mamą… A Ona czasem przychodzi i mówi: Mamusiu jest wszystko okej. Możesz płakać, jestem przy Tobie…

O długiej podróży, która trwa…

Kiedy trzy lata temu zaczynałam ze sobą pracować pierwszym zaleceniem było: załóż sobie zeszyt, w którym będziesz pisała o wszystkim, co ważne. Tak też zrobiłam. Wróciłam do domu i znalazłam bardzo ładny notatnik, który kupiłam z zamiarem prowadzenia pamiętnika (nie wyszło). Później postanowiłam zapisywać w nim ważne daty i przemyślenia odnośnie Śmieszki i to również (prawie) nie wyszło. Jednak gdy wczoraj coś mnie do tego zeszytu przyciągnęło zobaczyłam pierwszą stronę, a na niej kilka ważnych dat: ostatniej miesiączki, pierwsze USG, kiedy usłyszałam Jej serce, kiedy poczułam ruchy, kiedy dowiedziałam się, że jest dziewczynką… Od zawsze uważałam, że to Śmieszka sprawiła, że zmieniłam swój sposób patrzenia na świat i że to Ona zaprowadziła mnie do Maryli. Ta pierwsza strona mojego zeszytu, w którym później opisywałam najróżniejsze ćwiczenia i spostrzeżenia uświadomiła mi, że zabrała mnie w tę podróż szybciej niż myślałam. Dosłownie z dniem, kiedy dowidziałam się o Jej istnieniu.

We wrześniu 2014 roku zamieszkała w moim brzuchu Natalia – siostra Śmieszki i już w pierwszych dniach swojej obecności w brzuchu dołączyła do moich Najważniejszych Życiowych Nauczycieli. Do tej pory o Niej nie pisałam, zresztą osoby, które lubią tu zaglądać na pewno zauważyły, że piszę mało i nieregularnie. Dlaczego? Choć powodów było wiele to jednym z nich była wewnętrzna blokada, która mówiła mi: Ona nie chce żebyś pisała. Szanowałam to, a komunikat z mojego brzucha był jednoznaczny i mocny. Kiedy czasami pytacie mnie, skąd wiem, że Śmieszka życzy sobie, abym o niej psiała odpowiadam: Rozmawiałam z Nią o tym i się zgodziła. Jak przecież miała wtedy pół roku? Po swojemu – odpowiadałam. Tak też teraz Natalia, która wciąż jest w moim brzuchu, jasno i stanowczo poprosiła mnie, abym na kilka miesięcy przestała pisać.

Najpierw próbowałam ten temat ominąć. Mówiłam sobie: ten blog powstał po to, aby opisywać moją relację ze Śmieszką, więc niech tak pozostanie. Jednak bardzo szybko sobie uświadomiłam, że nie istnieje coś takiego, jak oddzielenie relacji z jedną córką, od relacji z drugą… tak samo jak nie potrafiłabym pisać bloga bez jakichkolwiek wspomnień o M.

Od jakiegoś czasu coś się zmieniło i coraz częściej myślę o blogu, pisaniu i tęsknię za tym. Przez ostatnie miesiące tak wiele się wydarzyło w moim macierzyństwie, że nie potrafię wrócić do pisanie tekstów o wyrywkach z codzienności bez opisanie tego, co się działo. Czuję, że to byłoby nie fair wobec Czytelnika i siebie samej. Bo czas był bardzo trudny, a ja poznałam siebie – mamę od zupełnie innej strony: nerwowej, niecierpliwej, zrezygnowanej i niepewnej tego, co będzie jutro. Mamy, która sobie nie radzi.

W tytule mojego bloga możecie przeczytać: “Świadome i pozytywne macierzyństwo”. Jednak “pozytywne”, nigdy nie oznaczało dla mnie, że łatwe, lekkie i bezproblemowe, ale że z każdej chwili bycia z naszymi dziećmi możemy wziąć coś dla siebie.  Nauczyć się czegoś nowego, wyciągnąć wnioski i iść dalej jeszcze silniejsi i bardziej świadomi. Czuję w sobie ogromną wdzięczność, za ten czas i powoli uczę się mówić, że ostatnie miesiące nie były trudne, ale przede wszystkim były inne niż poprzednie dwa lata.

Końcówka ciąży nie sprzyja siedzeniu przed komputerem tak więc nie mam pojęcia ile uda mi się napisać w najbliższym czasie. Trzymajcie kciuki, bo głowę mam pełną przemyśleń. Spokojnie starczyłoby na książkę:).

Jaką mamą jestem? Najlepszą!

Ten tekst dedykuję przede wszystkim kobietom, które dopiero noszą w sobie dziecko. Szczególnie dedykuję go jednej bardzo bliskiej memu sercu mamie, które pewnie już z lekkim zniecierpliwieniem wygląda rozwiązania…

Jestem najlepszą mamą jaką potrafię być w tej chwili. Dziś mogę to powiedzieć ze spokojem w sercu i patrząc w oczy zarówno sobie, jak i mojej córce. Mam odwagę to powiedzieć po trzech latach (w ciąży też czułam się mamą) wspólnej drogi i wielości doświadczeń.

Dziś wiem, że byłam najlepszą mamą gdy w pierwszych dniach życia podawałam Śmieszce sztuczne mleko. Byłam najlepszą mamą gdy próbowałam ją w weku trzech miesięcy uczyć samodzielnego zasypiania (swoją drogą, czy każda mama musi coś takiego przejść? Bo mało znam mam, które tego nie próbowały;)). Byłam także najlepszą mamą dziś gdy nie zgodziłam się na drugi soczek, a ona nie była wstanie tego zrozumieć i całe jej ciało płakało. I gdy leżała na sklepowej podłodze, a ja po prostu byłam z nią tak jak potrafiłam. A chwilę później gdy pozwoliła się już wziąć za rękę i tak sobie szłyśmy przez supermarket podeszła do nas starsza pani i zawołała do niej: beksa, beksa. A ja powiedziałam: Nie słuchaj tej pani. I pochyliłam się nad nią, spojrzałam w te zapłakane oczy i dodałam: Nigdy nie słuchaj ludzi, którzy będą Cię tak pochopnie oceniać! I później już szłyśmy inaczej, obie trochę bardziej wyprostowane, choć jedna z nas nadal bardzo płacząca.

To, że nie patrzę na przeszłość przez pryzmat błędów i pomyłek nie oznacza, że daję sobie prawo, aby dziś postępować tak samo. O nie! Jest wręcz odwrotnie to właśnie łagodność i miłość do siebie samej sprawia, że dużo szybciej wyciągam wnioski. Zamiast gnębić się wyrzutami sumienia i analizować, jak to że wczoraj na nią krzyknęłam wpłynie na jej dorosłe życie, zastanawiam się, co trzeba zmienić. Czego potrzebuję, aby jutrzejszy dzień był łagodny dla każdej z nas…

Uczę się nie oceniać siebie. Jak inaczej mogę się oduczyć oceniania drugiego człowieka? Jak inaczej nuczę tego Śmieszkę? Tak wiem, możesz mnie śmiało złapać za słowo. Przecież zdanie „Jestem najlepszą mamą jaką potrafię być w tej chwili” jest oceną w czystej postaci. Załóżmy więc, że na ten moment uczę się nie oceniać siebie negatywnie. A wierzę, że kiedyś zniknie także potrzeba dodawania tego „naj” i z dumą będę mówiła po postu „Jestem mamą”… I nic więcej nie będzie mi potrzebne do szczęścia…

Dlatego pamiętaj bez względu na to, jak chcesz aby wyglądały Wasze wspólne początki po tej stronie brzucha, one będą takiej jakie mają być. A Ty będziesz najlepszą mamą, dlatego wejdź w ten szczególny czas z miłością do siebie przede wszystkim.

Podoba Ci się ten tekst? Zachęcam do zakupu mojej książki, w której znajdziesz więcej moich przemyśleń: http://e.wydawnictwowam.pl/tyt,71122,Atrakcyjna-mama.htm

Filozofia życia, którą praktykuję jest Ci bliska? Zapraszam do bliższej współpracy: https://odplanowaczycie.wordpress.com/coaching-dla-mam/

Intencja

Ten tekst zaczęłam pisać w sierpniu 2014. Jak widać poleżał trochę w szufladzie:).

Trwają wakacje. Siedzimy ze Śmieszką w piaskownicy. Jest niedziela.

– Kochanie, choć idziemy do kościoła.

Razem z nami bawi się mniej więcej pięcioletnia dziewczynka i pyta:

– A po co wy tam idziecie?

Uwielbiam dzieci. Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam! Za ich autentyczność, spontaniczność, szczerość, za to, że jeśli tylko zechcę ich słuchać to mogę się od nich uczyć całymi garściami.

A po co wy tam idziecie?

To jedno pytanie sprawiło, że ta niedziela była już zupełnie innym dniem. Dniem poszukiwania odpowiedzi…

Ta sytuacja przypomina mi o pytaniu, które dla mnie w rodzicielstwie jest fundamentalne: Po co ja to robię?

Im bardziej świadomi jesteśmy, dlaczego postępujemy w dany sposób, tym większa szansa, że nasza relacja z dzieckiem będzie bezpieczna, a my szczęśliwi. Tym mniej będzie potrzeby szukania potwierdzeń na zewnątrz, że „robię właściwie”. I nawet jeśli przyjdzie kryzys to wyjdziemy z niego silniejsi i jeszcze bliżej siebie.

O trudnych emocjach przez zabawę

Książkę “Rodzicielstwo przez zabawę” przeczytałam ponad rok temu i po lekturze towarzyszył mi pewien niedosyt. Z jednej strony znalazłam tam sporo ciekawych pomysłów na poznanie dzieci, wsparcie ich w rozwoju, a także radzenie sobie z trudnymi sytuacjami właśnie poprzez zabawę. Zachwyciło mnie to, bo Cohen maksymalnie rozpuszcza to, co dla nas rodziców może wydawać się trudne, ponad nasze siły. Z drugiej strony Śmieszka miała wtedy rok i znalazłam mało materiału, który mogłabym od razu zweryfikować, sprawdzić czy u nas zadziała. Tak więc wiedziałam, że do książki trzeba będzie wrócić później. I w ciągu ostatnich dni, chyba pierwszy raz świadomie ta książka mi pomogła.

Śmieszka ma od kilku dni katar – bardzo nieprzyjemne dla dorosłych, a co dopiero dla nieokiełznanej dwulatki. Co za tym idzie trzeba jej czyścić nosek. Śmieszka oczywiście bardzo tego nie lubi. W pewnym momencie pokazała, że ona też mi chce czyścić nos. Wtedy właśnie przypomniałam sobie fragment książki Cohena, który opisywał, że gdy dziecko wraca od lekarza, który zrobił mu zastrzyk może w domu przepracować to trudne doświadczenie np. poprzez “robienie zastrzyków” misiom i lalkom. Dlatego gdy Śmieszka zabrała się za mój nos od razu wcieliłam się w jej rolę:

O nie Kochanie! Nie rób tego! Bardzo tego nie lubię! Nie chcę, nie chcę! – krzyczałam

Chcesz, chcesz – odpowiedziała Śmieszka. No to się matka popisałaś – pomyślałam. Przecież skądś ona wzięła to “chcesz, chcesz” – widocznie tak do niej mówiłam.

Kontynuowałyśmy zabawę przed każdym psikaniem i Śmieszce ewidentnie to pomaga. Usłyszałam naprawę ważne informacje:  Mamusiu trzeba psiknąć, mamusiu katarek sobie pójdzie. Pojawiło się też zdanie: Mamusiu nie bój się.  I to wszystko dowiedziałam się o niej dzięki temu, że zaczęłam się z nią bawić.

Śmieszka zaczęła przepracowywać w sobie to nieprzyjemne doświadczenie. Teraz lepiej znosi czyszczenie nosa, a nawet jak nie chce potrafi o tym mówić.

To doświadczenie upewniło mnie, że najwyższa pora wrócić do książki “Rodzicielstwo przez zabawę”. Czytaliście?

 

Dlaczego piszę?

W swoim życiu każdy z nas podejmuje codziennie jakieś decyzje. Niektóre pozornie błahe, inne na wagę złota, ale każdą z nich trzeba podjąć. Tak samo było z blogiem. Przyszedł taki dzień, że podjęłam decyzję: Chcę dzielić się z innymi ludźmi, tym co doświadczam jako matka.

Jeszcze kilka lat temu byłam bardzo przeciwna publikowaniu jakichkolwiek treści w Internecie. Z różnych powodów, żeby chronić swoją prywatność, aby później nie żałować, aby mój potencjalny pracodawca nie miał na mnie “haka” itp. Nawet w momencie zakładania bloga nie wiedziałam, czy będę go pisała z imienia i nazwiska, czy pod pseudonimem.

Choć wtedy obawa nie wynikała z troski o mnie, czy Śmieszkę – wynikała ze strachu o ocenę innych, że treści, które prezentuję nie są wystarczająco dobre. Zmieniałam się, dojrzewałam i w którymś momencie podjęłam kolejną decyzję: chcę podpisywać moje treści imieniem i nazwiskiem. Na ten moment jest mi z tym dobrze.

Dlaczego piszę bloga?

Bez względu na to, co robię w życiu myślę o tym: Dlaczego to robię? W jakim celu? Tak też było z blogiem i książką. Przecież motywacje mogą być bardzo różne. Jedni piszą, bo chcę promować swoje nazwisko, inni bo w czymś się specjalizują i chcą innym udostępniać wiedzę, inni potrzebują kontaktu z ludźmi. A dlaczego piszę ja? Ponieważ mam w sobie ogromną potrzebę dzielenia się z innymi tym, co przeżywam jako matka. Okres od kiedy na świecie jest moja córka jest dla mnie fascynujący. Każda chwila bez względu na to, czy towarzyszą jej łzy szczęścia, czy cierpienia jest wzbogacającym moje życie doświadczeniem. To wszystko. Jeśli jutro przestanę czuć taką potrzebę to nie będę pisała.  Na ten moment daje mi to ogromną radość.

Ten blog nie jest miejscem w którym znajdziesz gotowe wskazówki, rozwiązania swoich dylematów, czy problemów. Ba! Nie przypominam sobie, abym pod którymś z tekstów to sugerowała. A wręcz odwrotnie znajdziesz sporo tekstów zachęcających do poszukiwania w sobie. Nie piszę w roli eksperta od wychowywania dzieci i na ten moment nie mam potrzeby nim zostać. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę taką potrzebę miała. To co piszę to MOJA HISTORIA – każdy może ją przeczytać tak jak chce, wziąć z niej to, na co ma ochotę. Dlatego trudno mi się odnieść do pytań: Kto mi dał prawo do pisania o takich ważnych kwestiach jak wychowywanie dzieci? Ponieważ odnoszę się jedynie do własnych doświadczeń i cóż sama dałam sobie prawo do przeżywania mojego życia po swojemu.  A to, że inni odnajdują w moich treściach inspirację dla siebie? Wow! To jest niezwykłe i jeszcze bardziej motywuje mnie, aby w dalszym ciągu to SWOJE życie przeżywać maksymalnie uważnie, z pasją i miłością. A to, że dla części osób, mój sposób funkcjonowania w świecie jest niezrozumiały? Wow! To mi przypomina nieustannie o kwestii najważniejszej: wyzbywaniu się ocen i oczekiwań wobec drugiego człowieka. Bo tak długo jak ja oceniam innych, tak długo oni będą oceniać mnie. Tak więc każda lekcja jest cenna, jeśli odważę się przyznać przed sobą samą: że skoro mnie coś boli, dotyka to nie dlatego, że ta osoba mi chciała “dopiec”, ale dlatego, że ten pokój w moim sercu nie został jeszcze wysprzątany.

Czy nie boję się, że Śmieszka będzie miała do mnie pretensje o to, że o niej pisałam?

Naturalnie liczę się, że takie wydarzenie może mieć miejsce. To może być jedna z konsekwencji tej decyzji. Jeśli kiedyś do mnie przyjdzie i powie, że jej się to nie podoba, powiem jej szczerze dlaczego to robiłam z nadzieją, że zrozumie. Natomiast na ten moment wiem, że przez te dwa lata podjęłam już za nią tyle WAŻNYCH decyzji, że ta jest po prostu jedną z nich. Bo kto wie, czy nie przyjdzie za dwadzieścia lat i nie zapyta mnie dlaczego ją szczepiliśmy, dlaczego nadaliśmy jej takie, a nie inne imię, dlaczego wybraliśmy za nią religię? Każdego dnia podejmuję za nią decyzję i jedyne, co mogę zrobić to podjąć je w zgodzie ze sobą na TU i TERAZ. Wiec kiedy przyjdzie powiem jej: Córeczko na tamten moment robiłam to, co uważałam za najlepsze dla Ciebie i dla siebie.

Dlaczego piszesz o TAK prywatnych sprawach?

Tu trzeba by wejść w kwestie znaczenia słowa prywatność. Czym dla mnie jest prywatność? Jest sferą, którą zostawiam wyłącznie dla siebie i moich bliskich. Dlatego na blogu nie ma czegoś takiego jak “prywatne informacje” bo jak je publikuję to one już nie są prywatne, dosyć logiczne, prawda? Więc jak chcę się czymś podzielić z innymi to robię to, a prywatność zostawiam dla siebie. Oczywiście liczę się z tym, że wiele osób ma tę granicę prywatności postawioną wyżej. Ok. Za każdym razem gdy dostaję komentarz: Ja bym nie mogła o takich rzeczach pisać przyjmuję to jako informację od konkretnej osoby, że ona na tę granicę postawioną w innym miejscu niż ja.

No tak, ale przecież pracujesz z innymi mamami i co z Twoimi kompetencjami, doświadczeniem? To już nie jest tylko Twoje życie…

 Każda z osób, która ze mną pracuję wie jakie mam doświadczenie i kompetencję. Przedstawiam je w trakcie pierwszego spotkania, które jest bezpłatne. Dlatego decyzję o współpracy podejmujemy razem, kiedy każda zada sobie tyle pytań ile potrzebuje:).

 Studiowałam Polonistykę przez pięć lat. Otrzymałam dyplom z wyróżnieniem, który leży zakurzony w szufladzie. Gdyby ktoś przyszedł i zaczął ze mną rozmawiać o literaturze polskiej w wielu obszarach nie miałabym nic do powiedzenia. Informacje, które przyswajałam wyleciały ze mnie jak powietrze, nawet sama nie wiem kiedy i mam z tego powodu sporo kompleksów. Ale dyplom mam. Słowo daje! Mogę wkleić skan! I co z tego, że mam ten papier? Nic.

 A coachingiem i pracą ze sobą żyję każdego dnia. Po prostu to jest we mnie nieustannie. Rozwijam się w tych obszarach dla siebie, nie dla certyfikatów i uprawnień. To nie oznacza, że mam cokolwiek przeciwko certyfikatom, oczywiście, że nie. Chodzi mi tylko o to, że one nie są gwarancją, a często zwalniają nas z obowiązku myślenia. Skoro ktoś jej ten papier dał to chyba się zna.

 Uwielbiam pisać bloga i bardzo kocham pracę z innymi kobietami, dlatego to robię. Dlatego rok temu postawiłam wszystko na jedną kartę i idę dumnie do przodu. Tak, bo jestem z siebie dumna, bo Emilka kilka lat temu bała się własnego cienia, a dziś bierze odpowiedzialność za swoje życie. Proszę nie mylcie dumy z butą. Każdego dnia doświadczam sytuacji, które przypominają mi, że pokora jest najważniejsza. Pomyślcie o tej mojej dumie w odniesieniu do naszych dzieci: Kiedy zrobiły pierwszy krok i nasze serce rozpierała radość. O tego typie dumie myślę pisząc te słowa. Taka duma towarzyszyła mi gdy dzieliłam się z Wami informacją, że można już kupić moją książkę. Dobrego dnia!

Prezent z okazji moich urodzin:)

W sobotę miałam urodziny, kilka osób składając mi życzenia powiedziało, że są trochę zakłopotane, bo nie wiedzą czego mi życzyć. Przecież Ty wszystko masz?! No w sumie to prawda, mam wszystko, czego w tym momencie potrzebuję:) I właśnie w kontekście tego zdania chciałam podzielić się z Wami krótką refleksją. Zaczynając od pytania: Czy zdarzyło Ci się popatrzeć na drugiego człowieka i pomyśleć: Dlaczego on to ma, a ja nie? Czemu jej się udało, a mnie nie? Czemu Ona ma dzieci, ja ich nie mam? Czemu On znalazł świetną pracę, a ja kiszę się ciągle w tym samym miejscu i nie mogę się zdecydować na kolejny krok?

Znacie? Ja znam to uczucie zazdrości bardzo dobrze, bo często mi towarzyszyło. To było bardzo nieprzyjemne, wstydziłam się tego, bo przecież często zazdrościłam bardzo przychylnym mi ludziom, osobom, które darzyłam szczerą sympatią.
A dziś wiem, że każdy z nas ma w danym momencie wszystko czego potrzebuje. Tylko bardzo często nie potrafimy tego dostrzec. A w widzeniu szerzej i głębiej szczególnie przeszkadza nam to, że zamiast patrzeć do środka wciąż szukamy na zewnątrz. Widzimy szczęśliwą matkę i myślimy: Hm skoro dzieci ją tak uszczęśliwiają, to ja pewnie też ich potrzebuję do szczęścia. Biedny patrzy na bogatego, osoba przy tuszy, patrzy na te które są szczupłe. Ciągle w innych szukamy recepty na udane życie. Tak długo jak ja pytałam innych, co może mnie uszczęśliwić dostawałam ich odpowiedzi, a ponieważ były ich, a ja nie jestem nimi, to logicznie myśląc dalej byłam nieszczęśliwa.
A dziś chcę Cię zachęcić do patrzenia wewnątrz siebie. Do szukania w sobie recepty na szczęście. Wiem, że to nie jest zbyt oryginalne podejście, bo możesz to przeczytać w co drugiej książce o samorozwoju. Jednak nie ma dla mnie większego znaczenia ile razy już to w swoim życiu słyszałaś, tylko jak idzie Ci praktyka.
Mnie zawsze pomaga odpowiedź na kilka podstawowych pytań: Kim jestem? W jakim celu żyję? Co jest dla mnie najważniejsze?
Może Ty również potrzebujesz jeszcze raz zadać sobie te pytania?

 

Mamo zapytamy?

Ostatnio mało piszę. Różnie mi z tym, raczej trudniej niż łatwiej, bo przecież plan był jasny żeby przed premierą książki pisać dużo. Bardzo chcę, aby książkę przeczytało jak najwięcej osób, a dowiedzieć się o niej mogę między innymi przez blog. Jednak plan został zweryfikowany przez życie i przyglądam się temu z coraz większym spokojem.
Jednak dziś “zebrałam się”, aby podzielić się z Wami najprzyjemniejszym doświadczeniem jakie mnie ostatnio towarzyszy, a najkrócej mogę je określić jako “zbieranie owoców”.

Rok temu uważałam, że czuję się bardzo dobrze w roli mamy. Dziś patrzę rok wstecz i uświadamiam sobie, jak wiele lęków wtedy w sobie miałam, jak bardzo obawiałam się oceny innych i w konsekwencji jak  wiele oczekiwań miałam wobec córki. W tym momencie czuję się w tej roli bardzo spokojna. Odczuwam ogromny komfort relacji, którą zbudowałam ze Śmieszką. I wiem, że komfort ten promienieje, jest widoczny na zewnątrz. A poniżej jedno z doświadczeń ostatnich dni.
Jesteśmy na placu zabaw, jest zimno i mokro. Razem z nami bawi się jeszcze jedna dziewczynka. Przepraszam, nie bawi się z nami tylko obok. Ani mnie, ani mamie dziewczynki nie zależy na integracji, więc jest tak jak jest. Nagle Śmieszka dostrzega w drugim końcu placu zabaw różowy rowerem. Patrzy na mnie i mówi: “Mamusiu zapytamy?” Jestem w szoku! Pękam z dumy:)

Dając jej prawo do posiadania swoich rzeczy nie raz byłam świadkiem sytuacji, kiedy jednoznacznie i dobitnie krzyczała: Moje!!! A ja dyplomatycznie tłumaczyłam innym dzieciom, dlaczego teraz nie mogą wziąć tej piłki,bo to jest piłka Śmieszki. Szanując prawo własności Śmieszki starałam się jej pokazać, że to obowiązuje także w drugą stronę: Jeśli ona chce się bawić zabawkami innych potrzebuje zapytać o zgodę. I teraz zbieram owoce. Coraz częściej zdarza się, że nie bierze po prostu rzeczy, która leży, nie odbiera jej też innemu dziecku tylko prosi mnie, abym w jej (czyli Śmieszki) imieniu zapytała, czy może pożyczyć. Tylko w tej konkretnej sytuacji ja nie miałam ochoty pytać. Mama dziewczynki trzymała nas na dystans, a ja nie byłam w zbyt empatycznym nastroju. Mówię więc do Śmieszki: “Kochanie nie mam dzisiaj nastroju, aby pytać. Wstydzę się trochę”. Ona na to: “Dobrze mamusiu”. Dziękuję Córeczko!
Właśnie takie doświadczenia umacniają, sprawiają, że po prostu robisz swoje i trzymasz kierunek, który obrałaś, nawet jeśli dla wielu jet on niezrozumiały.