Prezent z okazji moich urodzin:)

W sobotę miałam urodziny, kilka osób składając mi życzenia powiedziało, że są trochę zakłopotane, bo nie wiedzą czego mi życzyć. Przecież Ty wszystko masz?! No w sumie to prawda, mam wszystko, czego w tym momencie potrzebuję:) I właśnie w kontekście tego zdania chciałam podzielić się z Wami krótką refleksją. Zaczynając od pytania: Czy zdarzyło Ci się popatrzeć na drugiego człowieka i pomyśleć: Dlaczego on to ma, a ja nie? Czemu jej się udało, a mnie nie? Czemu Ona ma dzieci, ja ich nie mam? Czemu On znalazł świetną pracę, a ja kiszę się ciągle w tym samym miejscu i nie mogę się zdecydować na kolejny krok?

Znacie? Ja znam to uczucie zazdrości bardzo dobrze, bo często mi towarzyszyło. To było bardzo nieprzyjemne, wstydziłam się tego, bo przecież często zazdrościłam bardzo przychylnym mi ludziom, osobom, które darzyłam szczerą sympatią.
A dziś wiem, że każdy z nas ma w danym momencie wszystko czego potrzebuje. Tylko bardzo często nie potrafimy tego dostrzec. A w widzeniu szerzej i głębiej szczególnie przeszkadza nam to, że zamiast patrzeć do środka wciąż szukamy na zewnątrz. Widzimy szczęśliwą matkę i myślimy: Hm skoro dzieci ją tak uszczęśliwiają, to ja pewnie też ich potrzebuję do szczęścia. Biedny patrzy na bogatego, osoba przy tuszy, patrzy na te które są szczupłe. Ciągle w innych szukamy recepty na udane życie. Tak długo jak ja pytałam innych, co może mnie uszczęśliwić dostawałam ich odpowiedzi, a ponieważ były ich, a ja nie jestem nimi, to logicznie myśląc dalej byłam nieszczęśliwa.
A dziś chcę Cię zachęcić do patrzenia wewnątrz siebie. Do szukania w sobie recepty na szczęście. Wiem, że to nie jest zbyt oryginalne podejście, bo możesz to przeczytać w co drugiej książce o samorozwoju. Jednak nie ma dla mnie większego znaczenia ile razy już to w swoim życiu słyszałaś, tylko jak idzie Ci praktyka.
Mnie zawsze pomaga odpowiedź na kilka podstawowych pytań: Kim jestem? W jakim celu żyję? Co jest dla mnie najważniejsze?
Może Ty również potrzebujesz jeszcze raz zadać sobie te pytania?

 

Advertisements

Mama sobie radzi – dziś praktycznie

Ostatnio pisałam o samotności w rodzicielstwie, o momentach kiedy inni nie są w stanie nam pomóc i zrozumieć. Dziś kilka wskazówek, co może pomóc właśnie w takich trudniejszych momentach.

1. Oddychaj – to się moim zdaniem sprawdza zawsze. Kiedy bierzesz kilka spokojnych wdechów, dotleniasz się, Twój umysł zaczyna myśleć jaśniej, serce bije spokojniej… zaczynasz widzieć więcej. Dajesz sobie w ten sposób chwilę na ochłonięcie, nie podejmujesz gwałtownych decyzji. Czasem wystarczy trzy głębokie wdechy i reaguję zupełnie inaczej na daną sytuację.

2. Obserwuj siebie i swoje dziecko, bo nikt nie da Ci lepszej wskazówki niż Wy sami. Bardzo często gdy pojawia się sytuacja niepokojąca szukamy wszędzie, tylko nie w nas. A może warto zamiast czytać kolejną książkę o rodzicielstwie lub zadawać pytania na forach usiąść ze swoim dzieckiem i obserwować je. Sama zawsze gdy nie potrafię znaleźć rozwiązania w jakiejś sytuacji (niekoniecznie związanej z rodzicielstwem) obserwuję jeszcze uważniej Śmieszkę i bardzo często rozwiązanie po prostu przychodzi. Jeśli masz stały, głęboki kontakt ze swoim dzieckiem to nawet jeśli pojawia się coś niepokojącego dużo łatwiej jest znaleźć rozwiązanie, bo szukasz go u źródła.

3. Miej dystans do świata i ludzi, którzy nas otaczają. Pamiętaj, że ludzie, którzy oceniają Waszą sytuację, którzy próbują Wam pomóc mogą to zrobić tylko przez pryzmat swoich doświadczeń, nie są Tobą i nigdy nie będą, traktuj to, co mówią jako informację, wskazówkę, ale nie wyrocznię bądź zalecenia.

4. Zaufaj sobie i doświadczeniom, które do tej pory Cię spotkały. Wiara w siebie jako człowieka i jako matkę – ucz się tego codziennie. Skoro do tej pory sobie poradziłaś, dlaczego teraz miałoby być inaczej?Korzystaj z dotychczasowych doświadczeń.

Oczywiście te wskazówki są oparte na mojej własnej pracy ze sobą, ale może dla Ciebie także będą inspiracją, albo impulsem, aby znaleźć własne.

Nie karmię, bo boję się o cycki – czy jestem gorszą matką?

Czy matka, która nie karmi swojego dziecka piersią wyłącznie ze strachu o swoje ciało jest gorszą matką od tej, która karmi? Takie pytanie zadałam sobie już jakiś czas temu, kiedy na forum dotyczącym karmienia przeczytałam stwierdzenie tego typu.

Pierwsze, co mi wtedy przyszło do głowy to, że tak bardzo chcę, abyśmy my matki zostawiły siebie wreszcie w spokoju. Żebyśmy naprawdę dały sobie prawo wyboru bez podszeptów, bez “ale”, tak po prostu. Bo jakim prawem inna osoba ma oceniać, co jest lepsze, a co gorsze dla mnie? Bo choć przecież przebadano, udowodniono, że mleko matki jest naj, naj to ta konkretna matka i jej dziecko nie brali udziału w tych badaniach i nie wiemy, co dla nich jest najlepsze.

Znam wiele pięknych i niezwykle wzruszających historii matek, które walczyły o utrzymanie laktacji. Po porodzie myślałam, że ja i Śmieszka miałyśmy ciężko. A później czytałam o kobietach, które przez kilka miesięcy odciągały mleko, które eliminowały ze swoje diety prawie wszystko, bo dziecko było uczulone, o tym jak dziecko nie potrafiło ssać, jak mąż i otoczenie były przeciwne, jak lekarze mówili “niech pani da sobie spokój”, a matka dalej z determinacją wierzyła, że się uda.

A więc, co czuje matka po tylu przejściach, gdy inna przychodzi i mówi: a ja nie karmię, bo boję się, że mi cycki oklapną… No cóż tej pierwszej pewnie klapną ręce.

Jednak to nie ilość poświęceń dla dziecka i trudów z nim związanych definiuje to, jaką matką jest dana kobieta. Proszę przerwijmy wreszcie tę od pokoleń nakręcaną machinę “kocham cię więc się o ciebie martwię, kocham cię więc się dla ciebie poświęcam…”

Ja sama doskonale wiem, co potrafi zrobić z człowiekiem obsesja na punkcie swojego ciała. Dlatego jeśli matka czuje, że strach o piersi może być paraliżujący to niech karmi dziecko z miłością  butelką. A ja osobiście i szczerze życzę Wam: Na zdrowie!

Dlaczego dbam o czas dla siebie?

Uwielbiam spędzać czas ze Śmieszką. Uwielbiam spędzać czas bez Śmieszki. Czasem przekornie zastanawiam się, co lubię bardziej. Nie da się jednak udzielić na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Bowiem, abym w pełni cieszyła się czasem, który spędzam z córką, potrzebuję mieć możliwość naładowania akumulatorów bez Niej. Abym zaś potrafiła cieszyć się samotnością, potrzebuję spędzać z Nią wystarczająco dużo czasu.

Myślę, że każda kobieta ma swoje własne proporcje „razem i osobno”, w których czuje się dobrze. Dlatego jedne mamy wracają do pracy już po kilku miesiącach, a inne z żalem oddają dzieci do przedszkola, bo chciałyby jeszcze być z nimi cały czas.

Pamiętam jak, mniej więcej tydzień po porodzie, wyszłam na spacer. Pierwszy raz do ponad 9 miesięcy byłam sama ze sobą… Mój spacer trał 15 minut i oczywiście myślami byłam cały czas ze Śmieszką i M., ale sam fakt, że wyszłam i że byłam sama miał ogromne znaczenie. Szybko zaczęłam doceniać wartość czasu bez Śmieszki. Zrozumiałam, że nie ma nic złego w tym, że czasem jestem zmęczona Jej obecnością. Dałam sobie prawo do zadbania o inne aspekty mojego życia. Każdego dnia staram się mieć chwilę dla siebie, wyłącznie dla siebie i dbam o to bardzo stanowczo. Czasem kończy się na tym, że aby sobie tę chwilę dać, zamykam się z herbatą w łazience. Czy to żałosne? Nie, to szukanie rozwiązań wszędzie gdzie się da.

Mogę tylko próbować wyobrazić sobie jak trudno jest znaleźć czas dla siebie, jeśli ma się kilkoro dzieci, pracuje się na pełny etat, albo jest się samotnym rodzicem. Natomiast wierzę, że zamiast przez pryzmat „nie da się” można spojrzeć na to z punktu podnoszenia sobie poprzeczki. Może da się wygospodarować czas dla siebie raz w tygodniu, miesiącu? W każdym razie ja chcę wspierać każdą mamę, którą znam, aby swoje własne potrzeby stawiała na równi z potrzebami dzieci.

Dlaczego zaczęłam pisać?

Nigdy nie lubiłam pisać. Do momentu rozpoczęcie studiów po prostu nie lubiłam, a jak zaczęłam studiować, znienawidziłam. Pisanie jakiejkolwiek pracy wywoływało we mnie stan przed depresyjny. Pamiętam długie godziny przed pustym ekranem komputera i ta nicość…

Na pierwszym roku, kiedy Profesor omawiał moją pracę, powiedział wprost: Nie powinna pani studiować Polonistyki. Studiowałam dalej, zazwyczaj zaliczając się do grona najlepszych studentów. Bardzo lubiłam swoje studia, tylko to pisanie prac…

 Dlatego często się zastanawiam skąd we mnie ta siła, aby pisać bloga. Sama decyzja to był wyczyn co najmniej na skalę przebiegnięcia maratonu. Początkowo pisałam anonimowo, żeby dać sobie furtkę odwrotu. Myślałam:  jak okaże się, że nikt nie chce czytać, to zawsze mogę powiedzieć, iż  to nie ja.

Pisanie nadal jest dla mnie bardzo cenną i trudną praktyką pracy nad sobą. Każdy kto mnie zna, wie, że uwielbiam mówić i jestem w tym całkiem dobra (Instytut Gallupa potwierdza:)). A pisanie wymaga wysiłku. Kiedy mówię, wszystko układa się samo, a gdy piszę to, to samo „wszystko” staje się nijakie, słowa płytkie, a zdania koślawe. Piszę jednak dalej i coś mnie bardzo mocno pcha w tym kierunku.

Jak zaczęły do mnie docierać pozytywne opinie o blogu, mówiłam: No co Ty, to jest słabe. Szybko się jednak z tego wyleczyłam. Dziś wiem, że to, co piszę nie jest słabe. Często jest niedopracowane stylistycznie i gramatycznie, wciąż brakuje przecinków. Jednak to są kwestie wtórne. Dzielę się z Wami tym, co dla mnie najcenniejsze. Zapraszam Was do naszego domu, opisuję relację z moją córką i mężem. To jest mój skarb, nie mam większego. I dzielę się nim z Wami.

Krąg Czytelników poszerza się regularnie, ale powoli. Jestem teraz na etapie zastanawiania się, jak docierać do szerszej grupy osób. Na początku postanowiłam, że przede wszystkim trzeba dobrze pisać, a reszta pójdzie sama. Dziś myślę, że może trzeba temu jakoś dodatkowo pomóc.

Stąd moja prośba do Ciebie. Jeśli kiedykolwiek czytając któryś z tekstów poczułaś (eś), że coś Ci dał, prześlij go dalej. Proszę poleć mojego bloga. Będę Ci za to bardzo wdzięczna. Dziękuję.

Nie wiem, co z tym zrobić

Od początku września przestałyśmy używać wózka i na spacery chodzimy wyłącznie w nosidle. Śmieszka niesiona przeze mnie wywołuje bardzo pozytywne reakcje, często ktoś się do nas uśmiecha i zaczyna z nami rozmawiać. Czasami zdarza się, że Panie, które nawiązują z nami rozmowę zaczynają dotykać Śmieszkę za nóżkę, rączkę – w zależności, co tam jej w danej chwili wystaje. Nie lubię tego, nie wiem czy Śmieszce to przeszkadza, na chwilę obecną nie reaguje na to niepokojąco, ale mnie się to po prostu nie podoba. To wkraczanie w osobistą strefę dziecka bez pytania. Trudno mi jest jednak w takiej sytuacji zareagować, powiedzieć: Przepraszam, czy może Jej Pani nie dotykać? Tym bardziej, że to są ułamki sekund… Zazwyczaj, gdy coś takiego się dzieje, po prostu instynktownie odsuwam się ze Śmieszką lub odwracam w taki sposób, aby zablokować do niej dostęp. Zazwyczaj wystarcza. Na razie…

Jakiś czas temu przeczytałam tekst, który z pewnością wyostrzył moją uważność na te sprawy.  Myślałam jednak wtedy o bliskich nam osobach: babciach, ciociach, bo wtedy nie przyszło mi do głowy, że obca kobieta, która zaczepia nas w kolejce będzie dotykać moją córkę.

I po prostu nie wiem, co z tym zrobić.

Warto prosić o pomoc

Jak byłam w ciąży nikt nie ustępował mi miejsca w tramwaju; Zawsze sama wnoszę wózek, bo nikt nie chce mi pomóc; Dlaczego ludzie stają na miejscach przeznaczonych dla wózków? – czasami słyszę zdania tego typu od innych mam. I zawsze wtedy mam na myśli pytanie: Czy poprosiłaś, aby Ci ustąpił lub pomógł wnieść wózek? Okazuje się, bowiem że proszenie innych o pomoc jest czasem bardzo trudne.

Sama wielokrotnie się z tą barierą prośby spotykam. Było mi to szczególnie bliskie w ciąży, kiedy to urosłam 20 kg wszędzie tylko nie na brzuchu i pod koniec ciąży w luźnej kurtce nie wyglądałam na ciężarną. Byłam wtedy po trudnych doświadczeniach związanych z przedwczesnym porodem, więc bałam się o Śmieszkę stojąc w tramwaju/autobusie. Dlatego nauczyłam się prosić o ustąpienie miejsca. Na początku było bardzo trudno (pisałam o tym tutaj), ale z każdym razem stawało się coraz łatwiejsze. Do tego stopnia, że później „załatwiałam” miejsca także babciom, które widziałam, że mają potrzebę usiąść, ale trudno im o tym powiedzieć. I choć są to jedynie moje doświadczenia, to zawsze kiedy o miejsce poprosiłam dana osoba mi ustępowała. Czasem wręcz widziałam lekkie zakłopotanie w jej oczach, że sama się nie domyśliła.

Podobnie było, kiedy jeździłyśmy komunikacją miejską ze Śmieszką. Prosiłam o pomoc i tę pomoc otrzymywałam – zawsze. Raz nawet nie miałam drobnych na bilet i cały autobus szukał dla mnie monet, aby rozmienić 10zł. Jedna Pani powiedziała wtedy, że nie ma rozmienić, ale da mi 5zł żebym mogła kupić bilet. W końcu dwóch młodych chłopaków zebrało wszystkie drobne z kieszeni i wspólnymi siłami uzbierali upragnione przeze mnie 10zł w bilonie, a sami umówili się, że jeden drugiemu później odda. To było szczególnie miłe doświadczenie, bo okazuje się, że kiedy otwieramy się na pomoc innych, ona po prostu przychodzi.

Kiedyś myślałam, że jak nie proszę innych o pomoc: w domu, w pracy, na ulicy to świadczy o mojej samodzielności i zaradności. Myślałam, że prosząc staję się zależna od innych i dlatego tego unikałam. Dziś wiem, że to właśnie wtedy, kiedy daję sobie przyzwolenie na pomoc ze strony innych staję się wolna. I tak naprawdę wcale nie oddaję swojego życia w ręce innych, ale biorę je w swoje własne. Okazuje się, że nie jestem skazana na to, czy dana osoba zauważy, że jestem w ciąży, bo przecież ja sama mogę jej o tym powiedzieć.

Pewnie nie będzie dla Was zaskoczeniem, gdy napiszę, że jest taka jedna osoba w moim życiu, która każdego dnia uczy mnie, że dostrzeganie swoich potrzeb i proszenie o ich zaspokojenie jest czymś naturalnym. Szkoda, że tę naturalność gubimy gdzieś z wiekiem. Dobrze, jak przynajmniej od czasu do czasu sobie o niej przypominamy.